Insatiable

Serdecznie zapraszam do lektury kolejnego postu, w którym przedstawiam, co czytałam, oglądałam i słuchałam w kwietniu, a także zgodnie z obietnicą w poprzednim poście, opisałam Wam kolejną wielorazową rzecz, która zastępuje jednorazówki. Tym razem tylko dla kobiet, bo chodzi o kubeczek menstruacyjny. Dość obszerna opinia poniżej :)

Nie przedłużając dłużej, zapraszam do lektury:

K wietniu trochę gorzej szło mi z czytaniem książek. Poza Chemią śmierci, o której pisałam Wam w ostatnim poście, przeczytałam tylko Robert Galbraith Zabójcza biel oraz zaczęłam J. K. Rowling Harry Potter and the Chamber of Secrets (a skończyłam dopiero w maju). Czyli właściwie jedna autorka, dwa różne gatunki. Jeśli chodzi o pierwszą z nich, uwielbiam Cormorana oraz Robin, więc cieszyłam się, że mogę dowiedzieć się, co dalej się u nich dzieje. Poza tym w końcu Robin zrobiła to, co powinna zrobić już od dawna, co również mnie ucieszyło. Jestem ciekawa ich dalszych losów, więc niecierpliwie czekam na jesień, kiedy ukaże się piąta część cyklu. Mam nadzieję, że i tym razem polska premiera odbędzie się dość krótko po oryginalnej. Natomiast jeśli chodzi o samą sprawę, intrygę, która tym razem jest mocno osadzona w polityce, muszę przyznać, że wypada najgorszej na tle całego cyklu. Mimo to czytało mi się dobrze, spodobało mi się również rozwiązanie zagadki (szczególnie wątek z Billym). Chociaż ja tego tak nie odczułam, wiem, że ta część może nużyć. Mimo to myślę, że warto doczytać do końca. 7/10 Co do drugiej pozycji… no cóż, uwielbiam Harry’ego Pottera, do tego stopnia, że zaczęłam kolekcjonować cykl w dwóch obcych językach, więc co tu więcej mówić…? Tak jak pierwszą część, drugą czyta się w oryginale z równą przyjemnością, a ponieważ to książka dla dzieci, nie trzeba być wybitnym z angielskiego (ja nie jestem), żeby zrozumieć, co się dzieje. Do tego ja mam to  ułatwienie, że tak dobrze znam te książki, że nawet jeśli czegoś nie zrozumiem albo ze zmęczenia zdarzy mi się przysypiać nad książką (niestety tak miałam), to i tak się nie zgubię i wiem, co się dzieje :)

A jak już jesteśmy w temacie Pottera, pisałam Wam już o Potterless? To podcast o dorosłym mężczyźnie (w chwili rozpoczęcia miał ok. 24 lata), który pierwszy raz czyta Harry’ego Pottera. Do każdego odcinka zaprasza gości, najczęściej Potteromaniaków, z którymi dyskutuje o kilku rozdziałach (na początku, w dalszym etapie jeden rozdział to jeden odcinek, ale jeszcze tam nie dotarłam :)). Przy czym wyśmiewa pewne elementy (głównie Quidditch), próbuje zgadywać, co będzie dalej itp. itd. Słucha się tego naprawdę przyjemnie, jest bardzo zabawne i jeśli już Wam kiedyś o tym wspominałam, wybaczcie, ale tak uwielbiam ten podcast, że pewnie jeszcze kilka razy będę Wam go polecać ;) Szczególnie że jak patrzyłam na listę odcinków (i nowe wciąż się pojawiają!), a ja słucham mniej więcej jeden odcinek na tydzień, to mam czego słuchać przez dwa lata :)

W kwietniu również obejrzałam mniej filmów niż w marcu, głównie dlatego, że wciągnęłam się w dwa seriale. Co więcej, właściwie wracałam do filmów, które już kiedyś widziałam (z jednym wyjątkiem). Tak więc namówiłam narzeczonego do obejrzenia Planety Singli (2016). Pisałam Wam o nim tutaj krótko po premierze. Moje zdanie co do filmu się nie zmieniło, nadal podoba mi się tak samo, jak za pierwszym razem. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych komedii romantycznych 9/10. O ile w tym filmie pamiętałam, co się działo, to Charlie (2012) był dla mnie jedną wielką niewiadomą. Mimo że widziałam go 7 lat temu, kompletnie nie pamiętałam, co się w nim dzieje (jedyne, co zapamiętałam, to że Emma Watson tam grała). Dziś trochę się dziwię, że tak szybko wyleciał mi z głowy, jest poruszający, czasami zaskakujący, ogólnie wzbudza wiele emocji. Co prawda nie jest to idealne arcydzieło, ale warte obejrzenia 7/10. Korzystając z tego, że Netflix przed świętami wrzucił na swoją platformę Joe Black (1998), chętnie do niego wróciłam. Mimo że trwa 3 godziny, nie czułam mijającego czasu, historia Śmierci, która chce poznać ludzkie życie, wciąga mnie od samego początku. Brad Pitt wypada tu uroczo, a razem z Anthonym Hopkinsem tworzą parę (oczywiście nie w romantycznym sensie :P), która jest największą zaletą filmu. Jeśli jeszcze nie znacie, polecam 8/10.

Natomiast z nowości obejrzałam dokument o Taylor Swift Miss Americana (2020). Chociaż nigdy nie byłam jej fanką i czasami, jak czytałam o niej, mnie irytowała, to jednak dokument mnie zainteresował. Ogląda się go dobrze, zostały przedstawione wydarzenia z różnych etapów jej kariery, można się więcej dowiedzieć o jej wcześniejszym wizerunku i skąd się on w ogóle wziął… Jednymi z najciekawszych elementów było przedstawienie, w jaki sposób Taylor pracowała nad swoimi utworami, jak wygląda jej proces tworzenia. Muszę przyznać, że po obejrzeniu tego dokumentu czuję do niej większą sympatię :) 7/10

Insatiable sezon 1 (2018)

Serial zaciekawił mnie jak tylko wyszedł i pojawiał się jego zwiastun na Netflixie. Dodałam do swojej listy i tak czekał… w międzyczasie wyszedł drugi sezon i nadal czekał… Przed świętami stwierdziłam, że chcę obejrzeć coś głupiego, odmóżdżającego, na czym może można się dobrze bawić i zdecydowałam się w końcu włączyć InsatiableMuszę przyznać, że serial spełnił moje oczekiwania, a nawet je przebił. Oczywiście nie jest to ambitny, nie wiadomo jak mądry serial – chociaż zdarzają się mądrzejsze momenty, sytuacje czy słowa, czy też może cała droga Patty Bladell jest w pewnym sensie nauką, serial ma głównie bawić i rozerwać, i świetnie się w tym sprawdza. Plusem jest główna bohaterka, której do ideału daleko, często popełnia błędy, zdarzają się jej różne rzeczy, ale dzięki temu coś się dzieje. Dodatkowo jest poprowadzona tak, że mimo tego, co zrobiła, nie traci mojej sympatii.

Wielu bohaterów ma takie drugie dno, co zostaje odkrywane stopniowo, czasem zaskakuje, czasem bawi, ale przede wszystkim świetnie wpływa na ocenę postaci. Są jakieś, uczą się, czasem się zmieniają, to jest super. Powiedziałabym, że dzięki temu można je uznać za prawdziwe, ale konwencja serialu jest taka, że… jest przerysowany, nie tylko wydarzenia, ale przede wszystkim postacie są mocno przerysowane – co tutaj jest ogromną zaletą, uwielbiam to! Dzięki temu są bardziej wyraziste, dzięki ich przeszłości, różnym cechom itd. są jakieś, świetnie to się tutaj sprawdza i co więcej to właśnie one są największą zaletą serialu. Serial też bawi, przede wszystkim bawiła mnie sytuacja między Bobem a Bobem pod koniec sezonu. Oczywiście jako, że jest to produkcja Netflixa, musiał zostać poprowadzony wątek LGBT, ale tu zostało zrobione to z głową, wprowadzono ciekawe postacie, jest tu trochę więcej o byciu homo (np. przede wszystkim o odkrywaniu swojej orientacji), co uważam za kolejny plus. Co tu więcej mówić, ja jestem pozytywnie zaskoczona, ponieważ nie spodziewałam się, że Insatiable spodoba mi się tak bardzo. Jeśli chcecie lekkiej przerysowanej komedii o problemach nastolatków (i nie tylko), polecam. A ja od razu zabrałam się za drugi sezon i pewnie za miesiąc napiszę Wam o nim kilka słów 7/10

Czas na podsumowanie kwietnia pod kątem muzycznym. Tym razem słuchałam więcej niż w poprzednich miesiącach, szczególnie pod koniec, bo zaczęłam włączać muzykę podczas pracy. Zauważyłam, że jakoś lepiej mi się pracuje i człowiek nie czuje się tak osamotniony (szczególnie że byłam sama w domu). Tak więc w kwietniu było 823 scrobbli.

Top 6 utworów

  1. Sonya Belousova, Giona Ostinelli, Joey Batey „Toss A Coin To Your Witcher”

Trochę to zabawne, że Wiedźmina obejrzałam kilka tygodni temu, a na tę piosenkę z soundtracku wzięło mnie dopiero teraz ;) A jak już wzięło, to na dobre. Polecam, fajnie się jej słucha.

2. Christina Aguilera feat. Demi Lovato „Fall in Line”

Znów mnie „wzięło” na tę piosenkę. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.

3. In This Moment feat. Maria Brink, Lzzy Hale and Taylor Momsen „We Will Rock You”

Moje kwietnione odkrycie, świetny cover w wykonaniu trzech wspaniałych wokalistek. Jeśli lubicie rockowe klimaty z damskim wokalem, koniecznie przesłuchajcie.
PS: Maria oczywiście jest wokalistką In This Moment, ale Spotify i Last.fm uznali, że koniecznie trzeba ją wpisać jako feat., więc ja to tak zostawiam ;)

4. The Pretty Reckless „Make Me Wanna Die”

I właśnie przez cover powyżej przypomniałam sobie o Taylor Momsen i wzięło mnie na The Pretty Reckless, a właśnie ta jest moją ulubioną, to sobie ją włączyłam kilka razy :)

5. Revolverheld „Freunde bleiben”

Kolejny zespół, o którym sobie ostatnio przypomniałam. Moja ulubiona piosenka Revolverheld i do niej mam też największy sentyment, wyszła w czasie, kiedy jeszcze miałam niemiecką Vivę i właśnie wtedy ich poznałam… Aż mi się wierzyć nie chce, że to już prawie 15 lat…

6. Taylor Swift „Look What You Made Me Do”

Wyżej pisałam Wam, że obejrzałam dokument o Taylor, więc nic dziwnego, że trochę mnie naszło na jej muzykę. Nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, że miałam pewną fazę na ten singiel. Głównie dlatego, że to utwór, który dobrze łączy się z filmem, robi wrażenie i dobrze się go słucha. A i teledysk, druga połowa klipu jest super.

Tym razem podlinkowałam Wam wszystkie utwory, jeśli macie ochotę, posłuchajcie na YouTube (z wyjątkiem 1. i 3. możecie też obejrzeć teledyski ;)). Co znacie z powyższych? Lubicie? A może dopiero poznaliście, dajcie znać w komentarzach. A tym czasem czas na…

Top 5 albumów

1. Harry Gregson-Williams „Shrek (Original Motion Picture Score)”

Po obejrzeniu Shreków pod koniec marca, stwierdziłam że dobrze byłoby przesłuchać soundtrack… no i jest. Wystarczyło, że ma 27 utwory, ja przesłuchałam go dwa razy i wskoczył na pierwsze miejsce :)

2. Christina Aguilera „Back to Basics”
3. Christina Aguilera „Liberation”
4. Christina Aguilera „Bionic (Deluxe Version)”
5. The Pretty Reckless „Light Me Up”

Pewnego dnia podczas pracy zrobiłam sobie dzień z Christiną ;) Naprawdę fajnie się jej słuchało, wprawiała mnie w dobry nastrój ;)

Top 5 wykonawców

Christina Aguilera

2. OOMPH!
3. The Pretty Reckless
4. LaFee
5. Halestorm

Poza Christiną, to w końcu wróciłam do słuchania trochę bardziej rockowych klimatów ;) Zdradzę jeszcze, że w Top 10 znajdują się również Evanescence, The Weyers i Revolverheld, a 11 jest Green Day. W każdym razie w przypadku tej piątki, przesłuchałam ponad ich 70 piosenek (oczywiście chodzi o scrobble, więc w tym są kilkukrotne odsłuchania jednej piosenki), a sama Christina miała ponad 150 scrobbli. No cóż, wiadomo, kogo słuchałam podczas pracy ;)

Z podsumowania tyle, ale polecę Wam jeszcze coś. Mianowicie Dero z Oomph!, razem z kolegą z zespołu Lord of the Lost założyli wspólny projekt Die Kreatur. Jako, że klimatycznie jest bardzo podobnie do Oomph!, podobają mi się oba single i jestem ciekawa całego albumu. Jeśli lubicie mroczniejsze klimaty, polecam Die Kreatur oraz Kälter als der Tod.

Kubeczek menstruacyjny LadyCup

O kubeczkach menstruacyjnych pierwszy raz usłyszałam ponad rok temu. Zaciekawiły mnie, ale nie na tyle, bym skusiła się na zakup. Temat powrócił do mnie na początku tego roku. Po zakupie wielorazowych płatków kosmetycznych, o których pisałam Wam ostatnio, zaczęłam się zastanawiać, co jeszcze mogę zmienić. Które jednorazowe produkty mogę zastąpić wielorazowymi. I w ten sposób przypomniałam sobie o kubeczkach menstruacyjnych, tym razem jednak bardziej wgłębiłam się w temat i zdecydowałam się na zakup.

Użyłam go już podczas czterech okresów, więc myślę, że mogę Wam powiedzieć o swoich odczuciach. Główną myślą jest: JAKA JA BYŁAM GŁUPIA, ŻE NIE KUPIŁAM GO, GDY USŁYSZAŁAM O NIM PIERWSZY RAZ! Naprawdę! Nie tylko przez rok nie wydawałabym pieniędzy na tampony, to jeszcze nie przeżyłabym takiej sytuacji jak w styczniu, że mi się skończyły, sklepy zamknięte (niedziela handlowa, a w poniedziałek było święto) i musiałam kupić cokolwiek w aptece całodobowej. Jedna z największych zalet kubeczka? On się nie skończy. Przygotowanie go do użycia zajmuje kilka minut (przez pierwszym użyciem należy go wyparzyć we wrzątku). Oczywiście może być mały problem, jeśli niespodziewanie okres nas zaskoczy, ale jeśli się go spodziewamy, nic nie stoi na przeszkodzie, by włożyć go już wcześniej.

Kubeczki (a przynajmniej ten, który mam) jest wykonany z silikonu medycznego. Jak czytałam, jest on bezpieczny dla zdrowia, hipoalergiczny, łatwy w utrzymaniu czystości, podobno bakterie na samym silikonie się nie rozmnażają. Jest to zachęcające, szczególnie że co do tamponów, to nie jestem w 100% pewna, czy są bezpieczne. Co więcej, dzięki temu że jest to tworzywo, a nie gąbka o wiele bardziej poprawia się komfort użytkowania. Każda z nas, która używała tamponów, wie że one wchłaniają całą wilgoć z pochwy, nie tylko krew. Przez co potem jest sucho i czasem trudno włożyć kolejny. Tutaj nie ma tego problemu. Kubeczek zbiera krew i wszystko to, co by wyleciało, bez wysuszania itp.

Porównuję kubeczek tylko do tamponów z dwóch powodów: po pierwsze używa się go podobnie do tamponów, tj. trzeba go włożyć do pochwy, po drugie: nienawidzę podpasek, już pierwszego roku, w którym dostałam pierwszą miesiączkę całkowicie z nich zrezygnowałam i używałam tylko tamponów. Dlatego tez porównuję kubeczek do nich.

Za pierwszym razem może się wydawać, że włożenie i wyciągnięcie kubeczka jest trudniejsze. No dobrze, jest trudniejsze, ale łatwo się tego nauczyć. Ja jeszcze jestem początkująca i są dni, kiedy muszę się trochę pomęczyć z wyciągnięciem (włożenie jest dużo łatwiejsze), ale nie jest to jakoś super trudne, że mogłybyśmy sobie nie dać rady (chyba że masz baaardzo długie paznokcie, jak np. tipsy, to w takim przypadku używanie kubeczka będzie zdecydowanie utrudnione). Warto tu obejrzeć filmik instruktażowy, ja szkoliłam się u Pink Candy. Podejrzewam, że podobnych instruktaży jest więcej na YouTube, ale to mi zupełnie wystarczyło. Zdecydowanie dużą zaletą kubeczka jest to, że można go nosić nawet 12 godzin. Ja miewam zazwyczaj skąpe miesiączki, więc wyciągam go rano, wylewam krew, czyszczę pod bieżącą wodą, wkładam z powrotem i caaaały dzień mam go z głowy. Wieczorem to samo, nie martwię się, że mi przecieknie w nocy. Oczywiście przy bardziej obfitych okresach trzeba go opróżnić częściej, ale on daje znać. Ostatnio mi się zdarzyło, że odrobina krwi przeciekła przez te otwory, które widać na zdjęciach. Nie było jej jakoś dużo, więc spokojnie, raczej nie powinno się zdarzyć, że nagle cała bielizna będzie we krwi, ale wystarczająco, by zorientować się, że trzeba go opróżnić. Wg dołączonej ulotki, gdy nie ma możliwości przemycia kubeczka bieżącą wodą, można go wytrzeć np. czystym papierem toaletowym. W każdym razie myślę, że tutaj dobrze nosić jakieś wkładki higieniczne,  nie tylko na wypadek, gdyby miało coś przeciec, ale zauważyłam, że czasami się zdarza, że gdy trochę krwi spłynie niżej niż kubeczek po włożeniu się zassie, to oczywiście ona wypłynie (swoją drogą testuję również wkładki wielorazowe, ale o nich opowiem Wam dopiero za jakiś czas). Ogólnie podczas używania tamponów, wkładki zawsze były w zestawie, więc tu nic nowego…

Jak widzicie na zdjęciu, kubeczek ma taki ogonek. Mój musiałam trochę podciąć (spokojnie, można to zrobić, nie uszkadzając w ten sposób samego kubeczka), ponieważ ten fabryczny jest dość długi i mnie trochę drażnił. Po podcięciu w ogóle nie czuję tego kubeczka, więc mogę spokojnie zapomnieć o menstruacji. Jedynie można mieć dziwne uczucie podczas załatwiania się w toalecie – gdy mięśnie się napinają, mam wrażenie, że on lekko się przesuwa. Nie wiem, na ile to wrażenie, na ile faktycznie tak jest, ale podczas pierwszej miesiączki bałam się, że mi wypadnie. Na szczęście już za drugim razem ten strach mi minął, a nic takiego się nie wydarzyło ;) Można w nim uprawiać sport – podczas treningów również go nie czuć.

Cena może wydawać się wysoka – za swój kubeczek dałam 99 zł (zakupiłam go tutaj). Byłam w stanie dać za niego te 10 czy 20 zł więcej, żeby mieć kolorowy, ale niestety w chwili zakupu był dostępny tylko transparentny. Czasami mam wrażenie, że on trochę zmienia kolor pod wpływem krwi, ale ten efekt znika po ponownym wyparzeniu we wrzątku, gdy już go nie potrzebuję dłużej. Jestem ciekawa, czy miałabym podobne odczucia z którymś z kolorowych kubeczków. Jak już wspomniałam, cena wydaje się być wysoka: za to możemy go używać 10 lat, a w przypadku LadyCup producent pisze nawet o 15 latach użytkowania. Wystarczy przeliczyć, ile wydajemy w ciągu roku na tampony i podpaski… Jeśli kubeczek faktycznie wytrwa tyle czasu (zapytajcie mnie o to za 10 lat), a przyznam, że ja kupowałam te tanie tampony z Biedronki, to i tak w tym czasie spłaci mi się kilkukrotnie. Do tego mamy komfort psychiczny: paczka tamponów nam się skończy, a kubeczek będzie cały czas pod ręką. Wystarczy wyparzyć i gotowe.

Z tej firmy są dwa rozmiary kubeczków, warto poczytać, żeby wybrać odpowiedni dla siebie (głównie na podstawie obfitości miesiączek i czy już się rodziło, czy nie). Ja wybrałam ten mniejszy – rozmiar S. Pewnie już się domyśliliście, ale ja jestem ZACHWYCONA tym kubeczkiem i jedyne, czego żałuję, to że nie kupiłam go wcześniej. Tyle zmarnowanych miesięcy ;) Polecam Wam wszystkim, o ile nie nosicie długich, sztucznych paznokci, które utrudniłyby Wam (bądź też uniemożliwiły) korzystanie z kubeczka; jeśli nie brzydzi Was krew (kubeczek daje trochę inne wrażenia, ale dzięki niemu jesteśmy w stanie lepiej kontrolować ilość i kolor krwi, jeśli zachodzi taka potrzeba) – tu dość łatwo się nią trochę umazać, to nie tak, że np. tampon zawija się od razu w papier toaletowy i do kosza, tu jednak trzeba krew wylać, obmyć…; oraz jeśli nie brzydzi Was bądź nie boicie się wkładać czegoś do pochwy; jeśli nie macie problemu ze stawami w dłoni – trzeba go dość mocno chwycić, żeby go odessać przy wyciąganiu, więc przy problemach z palcami czy nadgarstkiem może to być bardziej problematyczne.

Ja osobiście uważam, że to był mój najlepszy zakup tego roku i jeśli się okaże, że za jakiś czas, jak uda mi się urodzić dziecko i rozmiar S okaże się za mały, bez wahania kupię ten większy.

Plusy: 
♦ komfort użytkowania (nie wysusza pochwy, nie wyczuwalny, także podczas ruchu, nawet sportu)
♦ można zapomnieć o nim nawet do 12 godzin i opróżniać dwa razy na dobę, o ile nie ma się obfitego okresu
♦ wielorazowy – znika strach, że skończy się zapas tamponów/podpasek – wystarczy kilka minut by był gotowy do użycia, w przypadku opróżnienia wystarczy przemyć albo wytrzeć papierem toaletowym i można użyć ponownie. Do tego stajemy się eko – nie zaśmiecamy środowiska paczkami zużytych tamponów/podpasek.
♦ spodziewasz się okresu? Nie ma problemu, można go spokojnie włożyć wcześniej :)
♦ LadyCup oferuje ładne woreczki, w których można trzymać kubeczek, gdy go nie używamy. Do tego zajmuje mniej miejsca w szafce niż np. pudełko z tamponami.

Minusy
♦ Wkładanie i wyciąganie jest trochę trudniejsze niż np. w przypadku tamponów. Ale można się tego nauczyć.

Z tego co się orientuję kubeczków na rynku jest dość sporo, są nawet dostępne w aptekach. Mają różne kształty i rozmiary. Jeśli chcecie kupić go przez internet, polecam stronę secretdelivery.pl, na której kupiłam swój. Dwukrotnie robiłam tam małe zakupy i w obu przypadkach transakcja przebiegła bezproblemowo. Dodatkowo jest nadana w taki sposób, że nikt – listonosz, kurier, czy ktokolwiek inny, nie jest w stanie domyślić się, co jest w środku :)

Ostatnio regularnie koloruję, dzięki czemu pokolorowałam kolejny obrazek, tym razem olbrzyma z Harry Potter: Magiczne stworzenia do kolorowania:

Poza tym po świętach wciągnęłam się w układanie puzzli i stwierdziłam, że też się Wam pochwalę. Jako pierwszą ułożyłam lamę (500 elementów), którą dostałam od przyjaciółki na święta. Jako drugie kotki (1000 elementów), które pożyczyłam pół roku temu od tej przyjaciółki. Za pierwszym razem próbowałam je ułożyć w listopadzie, ale zapał opadł i złożyłam je… teraz za drugim podejściem dałam radę :)

 

Poza tym nachodzi mnie myśl (ostatnio coraz częściej), żeby zająć się rownież robótkami ręcznymi, tj. robieniem na drutach, szydełkowaniem, haftowaniem itp. Zajmujecie się może czymś takim? Jeśli tak, to jak się tego nauczyliście i czy znacie książki dla początkujących godne polecenia? :)

3 myśli w temacie “Insatiable

  1. Isabelle :) pisze:

    O książkach, filmach i muzyce się nie wypowiem, bo znam tylko „Planetę Singli” :P A jeśli chodzi o ten kubeczek to na tę chwilę na pewno nie jest to coś dla mnie, ja nawet tamponów nigdy nie używałam :P
    No i gratuluję ułożenia puzzli, które Ci tak skwapliwie dostarczam :P

  2. Psotka pisze:

    Ja skomentuję końcówkę postu czyli… robótki ręczne to wiesz do kogo się udać :D Powiedzmy, że kilka rzeczy do nauki już Ci podrzuciłam ;)
    Co do kubeczka to myślę o nim od kilku lat, ale niestety nie dla mnie to odkrycie :( Strasznie tego żałuję i jedyne co mogę to dalej wydawać kasę i zaśmiecać środowisko ;(

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.