Relove

Spis treści:
Film: Podwójne morderstwo. Cisza białego miasta
Wielorazowe płatki kosmetyczne Relove

Wiosna nadeszła, święta tuż, tuż, a my… zamknięci w domach. Chyba nikt z nas nie spodziewał się takiego scenariusza na początku roku…

Jak sobie radzicie z tą sytuacją? Ja na szczęście jestem domatorem, więc na ogół siedzenie w domu nie jest dla mnie takie straszne, ale przyzwyczaiłam się do codziennych spacerków do pracy i z (teraz mam pracę zdalną), na kwiecień planowałam urlop, więc nawet mnie to zamknięcie zaczyna męczyć… Właściwie to czuję się wszystkim zmęczona i chyba resztkami sił staram się coś robić zgodnie z moimi celami, bo też nie chcę wegetować przed telewizorem i oglądać seriale. Oczywiście po pracy, bo akurat mamy teraz taki nawał, że nie jestem w stanie się ze wszystkim wyrobić, co oczywiście ma swoje zalety, bo nie muszę się martwić, że mnie zwolnią…

Właściwie czasem trochę mi głupio, że tak narzekam, ale to pewnie w dużej części wynika z faktu, że od ponad pół roku nie miałam urlopu i bardzo się cieszyłam na wiosnę, chciałam jechać w góry, a jedyne co mogę to siedzieć na balkonie (i tak dobrze, że mam balkon!) i obserwować remont budynku po drugiej stronie ulicy.

Na koniec tego ględzenia, muszę Wam powiedzieć, że ten blog ma już 8 lat, w poniedziałek minęla rocznica założenia mojego pierwszego bloga na WordPressie. Aż się wierzyć nie chce, że już tyle minęło…

Marzec rozpoczęłam od przeczytania pierwszej w moim życiu książki w języku angielskim! W końcu się odważyłam i dałam radę. Oczywiście, żeby zmotywować siebie do czytania w języku obcym wybrałam prostą książkę, a mianowicie Harry Potter and the Philosopher’s StoneCieszę się, że w końcu się na to zdecydowałam, ponieważ mogłam odkryć parę różnic między tłumaczeniem a oryginałem. Poza tym Harry’ego Pottera zawsze fajnie się czyta…

W końcu znalazłam czas na przeczytanie Eva García Sáenz de Urturi Rytuały wody, czyli drugą część Trylogii białego miasta. Poniżej opinia nt. filmu na postawie części pierwszej. Cisza białego miasta mnie zachwyciła, niestety o kontynuacji  nie mogę tego powiedzieć. Nadal to dobra powieść, którą czyta się szybko, przyjemnie i wciąga, fajnie jest poznać dalsze losy Unai, szczególnie po tym, co wydarzyło się pod koniec pierwszego tomu. Sama intryga też jest ok, skomplikowana, pojawia się kilka zwrotów akcji, odnosi się do przeszłości, ale… nie zachwyca już tak bardzo, jakby czegoś tu brakowało. Niestety pod koniec Alba mnie trochę irytowała (jakby autorka nie była pewna, jak pociągnąć wątek ich związku) i powiem szczerze, że jestem trochę rozczarowana, że jej historia nie zakończyła się inaczej. Mimo że Rytuały wody nie zachwyciły mnie tak, jak początek trylogii, nadal polecam i teraz nie pozostaje mi nic innego, jak dorwać w swoje ręce jej zakończenie 7/10.

Po morderstwach miałam ochotę na coś lekkiego, tak bardzo lekkiego, że sięgnęłam po młodzieżówkę, którą ostatnio pożyczyłam od przyjaciółki: Meg Cabot Idol nastolatek. Chociaż jako nastolatka zaczytywałam się w książkach Meg (przede wszystkim podobała mi się Dziewczyna Ameryki), to tej pozycji nie miałam okazji przeczytać. Oczekiwałam lekkiej książki, dzięki czemu prosta forma, prosta przewidywalna fabuła w zupełności mi nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, dobrze się bawiłam czytając o losach Jen i jej przemianie, którą zapoczątkował u niej Luke. Czyta się szybko, przede wszystkim wciąga, a i było parę zabawnych sytuacji (przede wszystkim pod koniec książki). Polecam, ale jeśli naprawdę macie ochotę na coś takiego, myślę że można polecić nastolatkom – wbrew pozorom jest tu parę elementów, które mogą dać do myślenia młodej nastolatce i może stanowić ciekawy element do dyskusji o np. bullyingu w szkole, żartach, ktore niekoniecznie są zabawne i podejmowaniu się czegoś wbrew sobie, tylko po to żeby kogoś zadowolić 7/10

W ramach mojego noworocznego postanowienia sięgnęłam oczywiście po trzecią część cyklu o Cormoranie Strike’u, czyli Robert Galbraith Żniwa złaJak wspominałam w ostatnim poście, z tej książki nie pamiętałam niczego, może poza pierwszą ważną sceną, która rozpoczęła śledztwo oraz ostatnią sceną, dotyczącą życia prywatnego Robin. Przez którą byłam na nią zła. Nadal jestem. Pomijając rozterki Robin i jej związek z Matthew, który coraz bardziej irytuje czytelnika, intryga jest ciekawa. Mamy trzech podejrzanych i stopniowo o każdym z nim dowiadujemy się coraz więcej. Muszę przyznać, że chociaż to czytałam ponownie, znów nie odgadłam, kto jest mordercą i znów ten fakt mnie zaskoczył. Jeśli lubicie kryminały, polecam całą serię, ale warto czytać ją po kolei. A aktualnie czytam czwartą część i początek czyta się naprawdę dobrze 7/10

I jeszcze jedna książka: Simon Beckett Chemia śmierci co prawda skończyłam ją już w kwietniu, ale skoro i tak dość późno publikuję ten post, mogę Wam ją od razu przedstawić. Przeleżała u mnie na półce kilka lat, zanim się za nią zabrałam. Muszę powiedzieć, że robi wrażenie od samego początku, od pierwszego zdania. Z jednej strony może ono odstraszać, ale w tym wypadku to dobrze – jeśli ktoś nie lubi takich opisów, jakie są zawarte w pierwszym akapicie, spokojnie może sobie darować tę książkę, w środku jest więcej podobnych. To mój pierwszy kryminał, w którym opis sekcji jest tak dokładny. Z jednej strony może to obrzydzać, z drugiej jest… fascynujące. Powieść ma kilka trochę irytujących zabiegów (zabawne jest to, że sama go lubiłam stosować pisząc opowiadania i dłuższe twory, a teraz mnie strasznie drażnił), ale sam pomysł jest ciekawy. Do tego polubiłam głównego bohatera, więc chętnie przeczytam kontynuacje 7/10

View this post on Instagram

Czas na kolejny stosik przeczytanych książek 🙂 W marcu przyszedł czas na #RobertGalbraith #ŻniwaZła #CareerOfEvil czyli 3 tom o #CormoranStrike 🙂 #evagarciasaenzdeurturi #RytuałyWody #LosRitosDelAqua to kontynuacja świetnej #CiszaBiałegoMiasta, którą przeczytałam w grudniu (niestety ekranizacja jest okropna, nie oglądajcie!). Kolejny raz przeczytałam Harry'ego Pottera, ale tym razem w oryginale #HarryPotterAndThePhilosophersStone – to moja pierwsza przeczytana książka w języku angielskim 😃 Potrzebowałam czegoś lekkiego i wybór padł na #MegCabot #IdolNastolatek #TeenIdol – muszę przyznać, że dobrze się przy tym bawiłam 😉 I pod koniec miesiąca zaczęłam czytać #SimonBeckett #ChemiaŚmierci #TheChemistryOfDeath – co prawda skończyłam ją jak już był kwiecień, ale uznałam, że też tu ją już wrzucę 😉 A z lewej urocza #pisanka zrobiona z klocków #Lego 🐣 #stosikksiążek #books2020 #BooksBooksBooks #książki #nofilter #nofilterneeded

A post shared by Izabela (@inna_odinnych) on

Podwójne morderstwo: Cisza białego miasta (2019)

W połowie lutego pisałam Wam o książce na podstawie której nakręcono ten film. Książka bardzo mi się podobała, wręcz byłam nią zachwycona. Nic dziwnego, że skusiła mnie jej ekranizacja, obejrzałam ją jeszcze tego samego weekendu, gdy pojawiła się na Netflixie. Niestety muszę powiedzieć, że filmem jestem zawiedziona. Mam wrażenie, że scenarzyści stwierdzili, że jedyne co można zrobić z tą książką, to ją streścić i wzięli sobie to za bardzo do serca. Prawdopodobnie gdybym nie czytała książki, nie byłabym w stanie zrozumieć czy powiązać wielu rzeczy ze sobą. Scenarzyści chcieli wpakować jak najwięcej wątków z książki do tego filmu, przez co jest chaotyczny, zamiast parę rzeczy wyrzucić i skupić się na tym, co najistotniejsze. Jednak największym minusem jest to, że po 30 minutach pokazano twarz mordercy i przez to widz przez większość czasu wiedział, kto nim jest. Właśnie ten element, ta niewiedza, kim jest morderca, a następnie odkrycie tego pod koniec książki było największym zaskoczeniem i sprawiało największy efekt wow. Tutaj… nuda. Nawet pobieżne pokazanie, dlaczego on zabijał i wkręcił kogoś innego za zbronię zostało przedstawione tak pobieżnie (w 2-3 scenach), że łatwo można było przegapić ten motyw. Serce bolało, gdy to oglądałam.
Niestety minusów film ma całe mnóstwo. O ile główni bohaterowie Unai i Alba są w tym samym wieku, w filmie tego nie widać. Do roli Alby zatrudniono aktorkę, która wygląda na minumum 15 lat starszą, przez co ich wątek nie wypada wiarygodnie.
Ten film to strata czasu. Fani książek przeżyją okropne rozczarowanie, ci, którzy książki nie czytali, zapewne będą znudzeni tym, co się dzieje na ekranie. Spodziewałam się czegoś lepszego. Polecam książkę, ale jeśli chodzi o film – zignorujcie to, że w ogóle powstał. Lepiej obejrzeć coś innego. 4/10

Następnie obejrzałam jeszcze polski film Juliusz (2018), do którego mam dość mieszane uczucia. To dobry film na raz, tzn. zobaczyć można, nie jest to wybitne kino, ale nie jest też najgorszy, chociaż trochę mi się miejscami dłużył, dość dobrze się go oglądało, chyba przede wszystkim dzięki Wojciechowi Mecwaldowskiemu. Było kilka zabawnych scen, znajdą się i też takie, które skłaniają do refleksji, nie żałuję poświęconego czasu, ale wiem że nie będę chciała go oglądać ponownie 5/10.

W końcu też zobaczyłam Sherlocka Holmesa (2009) z Robertem Downeyem Jr. i Judem Law. Muszę przyznać, że niestety mnie nie zachwycił, a najgorsze jest to, że właściwie nie jestem w stanie powiedzieć, co właściwie mi się nie podobało. Jedynie wiem, że akcja mnie nie wciągnęła, wydawało mi się to wszystko zbyt przedłużone. Chociaż Rachel McAdams bardzo lubię, nie przekonała mnie w roli Irene. Tak poza tym to… no sama nie wiem. Wiem tylko, że Jude Law spodobał mi się w roli Johna i to wszystko. Już wolałabym obejrzeć ponownie serial z Benedictem, niż drugą część filmu z Robertem 5/10.

Kwarantanna sprzyja oglądaniu filmów, więc w tym miesiącu trochę zaszalałam. W końcu obejrzałam Na granicy (2016) – miałam ochotę obejrzeć to w kinie, ale ostatecznie do niego nie dotarłam. Podoba mi się historia, w których było kilka ciekawych zwrotów akcji, gra aktorska, kreacja bohaterów, klimat. Ogólnie dobrze mi się go oglądało, ale niestety nie jest to film bez wad. Brakowało mi trochę napięcia (było go za mało, jak na thriller i myślę, że można było tutaj wyciągnąć trochę więcej), a powolne tempo filmu skutkuje tym, że nie będzie ciekawy dla każdego, dla mnie był już na granicy z nudą, ale na szczęście jej nie przekoczył. Może się spodobać, ale nie musi 6/10.

Po trochę ciężkim filmie przyszedł czas na Showtime (2002) – lekka komedia kryminalna, parodia filmów akcji z Robertem De Niro i Eddie’ym Murphym w rolach głównych. Sama intryga nie jest skomplikowana i łatwo oraz dość szybko policjanci potrafią ją rozwiązać (i jednocześnie nie jest to wadą filmu, nie o to tu chodziło), ale całość jest zabawna, lekka i przyjemna. Ja dobrze się bawiłam i polecam 7/10.

Naszła mnie również ochota na przypomnienie sobie Shreka (2001), którego nie oglądałam już kilka lat. Jako dziecko uwielbiałam tę bajkę i mogłam ją często oglądać. Teraz już pełnoletni zielony ogr (jak ten czas leci!) nie zachwyca mnie tak bardzo jak kiedyś, ale nadal uważam, że bajka jest ciekawa, można spędzić z nią miły wieczór, pośmiać się. Dodatkowo zauważyłam, że porusza kilka trudnych tematów, na co nigdy wcześniej raczej nie zwróciłam uwagi. Nie będę pisać, że polecam, na pewno każdy z Was to widział (jeśli nie, to nie przyznawać się i od razu nadrabiać! :)) 8/10

No a jak już sobie przypomniałam Shreka, to poszłam za ciosem i przypomniałam sobie Shreka 2 (2004), który jest trochę gorszy niż jedynka, ale mimo to oglądanie sprawia przyjemność i dobrze się przy nim bawiłam 7/10. Potem zobaczyłam Shrek Trzeci (2007), który jest zdecydowanie najgorszą częścią 6/10. Wygląda na zwykły skok na kasę, dlatego też długo nie ciągnęło mnie do obejrzenia Shrek Forever (2010) – a szkoda, bo na tę część faktycznie był dobry pomysł i fajnie się go oglądało. Przemawia do mnie również morał o docenianiu bliskich 7/10.

W marcu zdążyłam jeszcze obejrzeć ponownie Dirty Dancing (1987). Kiedyś mi się bardziej podobał, niż teraz 6/10. Za to polecam odcinek Filmy naszej młodości poświęcony temu filmowi.

W marcu słuchałam mniej muzyki, niż zwykle. Głównie dlatego, że najwięcej muzyki słucham w drodze do i z pracy, a jak wspomniałam we wstępie, od połowy marca siedzę cały czas w domu, co oczywiście jest fajne w aktualnej sytuacji, ale znacząco wpłynęło na małą ilość scrobbli. Miałam tydzień, przez który nie przesłuchałam prawie niczego… Zrobił mi się taki muzyczny detoks, ale ostatnio stęskniłam się i zaczęłam jej słuchać do sprzątania, gotowania itp., to może kwiecień wypadnie lepiej :)

Tak więc marzec to tylko 199 scrobbli (w styczniu i lutym było ich ponad 400).

Top 6 utworów:

  1. Anne-Marie „Bad Girlfriend”

2. Britney Spears „Circus”
2. Britney Spears „Womanizer”
3. Britney Spears „Radar”
3. Christina Aguilera „Can’t Hold Us Down”
3. Michael Giacchino „Far From Home Suite Home”

Top 6 albumów

1. Scars on Broadway „Scars on Broadway”
2. Britney Spears „Circus”
3. Christina Aguilera „Stripped”
3. Various Artists „Dirty Dancing (Original Motion Picture Soundtrack)”
4. Britney Spears „Blackout”
4. The Weyers „Out of Our Heads”

Top 5 wykonawców

1. Scars on Broadway


2. Britney Spears
3. Tokio Hotel
4. Christina Aguilera
5. The Weyers

Trochę mnie zaskoczyła wysoka pozycja Scars On Broadway, ponieważ słucham ich… tylko gdy ćwiczę. Co więcej, w marcu ćwiczyłam o wiele mniej niż w lutym, ale wystarczyły te treningi i mało scrobbli… :) Jeśli jeszcze nie znacie, a lubicie rockowe klimaty, to polecam :)

Dawno nic nie recenzowałam z tego działu. Dziś co prawda nie o kosmetykach, ale o czymś, czego pewnie każda z nas równie często używa:

Wielorazowe płatki kosmetyczne Relove

W styczniu natknęłam się w gazecie z Rossmanna (którą czytałam z miesięcznym opóźnieniem) o konkursie, który zorganizowali: ludzie (a może tylko kobiety, nie pamiętam dokładnie), którzy zajmują się rękodziełem mogli zgłosić swoje produkty, nagrodą były pieniądze na rozkręcenie własnej firmy. Konkurs wygrała kobieta, która robi wielorazowe płatki kosmetyczne. Poczytałam o nich, trochę się zastanawiałam, policzyłam, ile zużywam jednorazowych wacików i… postanowiłam zainwestować w te wielorazowe.

W ofercie Relove znajduje się  5 rodzajów płatków: z bawełny, z bambusa (dwa rodzaje) i z bambusa łączonego z algami morskimi (również dwa rodzaje). Każdy się różni kolorem i teksturą. Dzięki zestawowi, w którym każdy płatek jest po jednej sztuce mogłam wypróbować wszystkie.

Muszę przyznać, że jestem nimi zachwycona i chociaż nie należą do najtańszych rzeczy (trochę czasu minie, zanim się spłacą, a że nie wiem jak wytrzymałe są te płatki, nie mam 100% gwarancji, że kiedykolwiek do tego dojdzie), jestem bardzo zadowolona z zakupu. Przede wszystkim dlatego, że mam wrażliwą skórą i zauważyłam, że te płatki są zdecydowanie łagodniejsze, miększe i milsze w dotyku od tych jednorazowych. Do tego plusem jest satysfakcja, że wyrzucam do kosza mniej rzeczy, bo płatki idą do woreczka do prania, a po praniu i suszeniu są gotowe do użycia. Nawet nie trzeba ich prasować (od jakiegoś czasu jestem zbyt leniwa, żeby wyciągnąć żelazko… teraz się zmobilizowałam, żeby ładniej wyszły na zdjęciu i muszę przyznać, że po prasowaniu są też jeszcze milsze w dotyku :))

Za pierwszym razem kupiłam zestaw 5 płatków, białe bambusowe oraz bambus/algi we wzorek z rozgwiazdą. Ponad miesiąc później dokupiłam jeszcze żółte bambusowe oraz niebieskie bambus/algi. Moim numerem jeden zdecydowanie są te niebieskie. Są grubsze od pozostałych i najprzyjemniejsze w dotyku. Białe są bardzo podobne, ale trochę ciensze i również bardzo je lubię. Żółte (z wzorkiem plaster miodu, który ma ułatwiać oczyszczanie) są najciensze i najdelikatniejsze dla skóry, czym zaskarbiły sobie moją sympatię. Rozgwiazdy również są cienkie i dobrze się sprawdzają w przypadku mojej skóry. Najmniej lubię ten bawełniany (cieszę się, że nie skusiłam się niższą ceną i nie kupiłam zestawu właśnie tych), jest on trochę twardszy i mniej przyjemny w dotyku od tych bambusowych, ale jest zdecydowanie lepszy od płatków jednorazowych.

Jako że po myciu twarzy ją tonizuję, używam płatków 2 razy dziennie. Spontanicznie się zdarza, że używam ich do zmycia makijażu. Zazwyczaj jest go niewiele, ale pamiętam, że w lutym miałam na sobie wyjątkowo dużo kosmetyków do makijażu, łącznie z cieniami itp. (nie pamiętam już z jakiej okazji). Zwykle na zmycie takiej warstwy potrzebowałam 3 jednorazowych płatków. Wtedy wystarczył mi jeden biały bambusowy. Nie dość, że za jego pomocą zmyłam cały makijaż, to zrobił to dokładniej i delikatniej niż płatki jednorazowe. Do tego wszystko sprało się z niego idealnie (przed praniem w razie czego moczyłam go w zimniej wodzie), tak że dziś nie jestem w stanie stwierdzić, który z 6 płatków przeszedł przez to wyzwanie.

Jak już napisałam powyżej: Jestem zachwycona i uważam to za jeden z najlepszych zakupów w ostatnich miesiącach. Korzystanie z tych płatków to przyjemność, także miło mieć poczucie, że nie obudzę się pewnego dnia: ooo nie, skończyła mi się paczka wacików, a nie mam nowej, co teraz? Tu jedyne co mi grozi, to że zapomnę wyprać i nie będę mieć czystego pod ręką… I podoba mi się też fakt, że ograniczam ilość wyrzucanych śmieci, o czym wspomniałam powyżej.

Z tego, co zdążyłam się zorientować, jest wybór płatków z różnych firm. Warto wypróbować, ale że miałam kontakt tylko z Relove, polecam właśnie te. Można je kupić (chyba tylko) na allegro, każdy zestaw zawiera 5 płatków (niebieski 6), które są zapakowany w woreczek – można w nim przechowywać czyste płatki, brudne, albo cokolwiek się chce innego (i oczywiście to nie jest tak, że się dostaje tylko jeden woreczek – kupicie 3 zestawy, macie 3 woreczki). Warto skusić się na zestaw, w którym każdy płatek jest inny, do niego jest dołączany woreczek do prania, który u mnie również dobrze się sprawdza.

Jedyne, co zauważyłam po tych dwóch miesiącach, to że miejscami wychodzą nitki, niektóre płatki tracą swój okrągły kształt i falują na brzegach, ale mnie raczej to nie przeszkadza :) Ja jestem nimi zachwycona i zmotywowały mnie do wypróbowania innych rzeczy wielorazowych, które mogą zastąpić te jednorazowe. O nich też postaram się wkrótce napisać :)

Płatki możecie kupić tutaj.

Jak na razie nie mam problemów z regularnym kolorowaniem, dzięki czemu udało mi się w marcu skończyć kolejne obrazki. Pierwszy tym razem z książeczki Zrelaksuj się, którą recenzowałam tutaj ponad dwa lata temu:

Drugim jest Hermiona z Harry Potter. Książka do kolorowania:

A wy jak sobie radzicie z #zostańwdomu? Macie teraz więcej wolnego czasu, niż zwykle, czy jak ja nie odczuwacie pod tym względem żadnej różnicy (oczywiście z wyjątkiem, że trzeba siedzieć w domu)? Jeśli macie więcej czasu, jak go wykorzystujecie?

Życzę Wam Wesołych Świąt mimo obecnej sytuacji i miejmy nadzieję, że to się dość szybko skończy.

8 myśli w temacie “Relove

  1. Isabelle :) pisze:

    Ooo, ile Britney :D Tę piosenkę Aguilery też lubię :)
    Mi by się te waciki chyba do końca życia nie zwróciły, bo w 90% używam ich do zmywania lakieru z paznokci, a mniemam, że te się do tego nie nadają. Toniku używam raz na ruski rok. Przez tą alergię staram się minimalizować liczbę używanych kosmetyków do minimum.

    • Inna_odInnych pisze:

      Coś mnie naszło na Britney :D
      Wątpię, żeby lakier można było z nich zmyć, więc z jednorazowych nadal korzystam, ale tylko do zmywania lakieru.
      Haha, jakoś widząc ilość kosmetyków w Twojej łazience, trudno mi uwierzyć w to „do minimum” :P przy czym ja wszelkiego rodzaju żele pod prysznic i rzeczy do kąpieli też uznaję jako kosmetyki :D

      • Isabelle :) pisze:

        Myć się czymś trzeba :P Chodziło mi bardziej o dodatkowe kategorie kosmetyków, jak właśnie te toniki. Czyli coś, bez czego mogę się obejść. Brudna chodzić nie będę xD

            • Inna_odInnych pisze:

              Kiedy Ty ostatnio miałaś kontakt z szarym mydłem? Ja najbardziej lubię te z Barwy, ono ma tak słaby zapach, że prawie go nie ma. I nie jest nieprzyjemny. Co innego mydło BHP, ktore D. dostaje z pracy, ma taki dziwny zapach, ale też jest delikatny i ja go nie wyczuwam ;) I jak dla mnie pienią się dobrze.
              A od zapachu są perfumy i inne takie :P

  2. Psotka pisze:

    Ja jakiś czas temu zakupiłam wielorazowe płatki z firmy Glov. Spisują się u mnie super, a jedyna różnica jest taka, że woreczek do prania trzeba dokupić osobno. Jednak cena za jaką nabyłam (19,99 zł za 5 sztuk) była na tyle przyjemna, że nie bardzo mnie to obchodziło szczególnie, że piorę te płatki ręcznie :)

    • Inna_odInnych pisze:

      Podejrzewam, że większość płatków jest robiona na podobnej zasadzie i z podobnych materiałów :) Tutaj woreczek też trzeba kupić osobno, chyba że się bierze ten zestaw „próbny”. Ale i tak najczęściej je piorę w woreczku na bieliznę, który kiedyś kupiłam w Rossmannie bo jest większy, a zazwyczaj zanim zrobię pranie trochę tych płatków mi się nazbiera ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.