iZombie

Spis treści:
Książki: Marcin Melon "Kōmisorz Hanusik"
Rebecca Yarros "Ku niebu"
Mariusz Szczygieł "Nie ma"
Filmy: Toy Story (1-4), Pewnego razu w... Hollywood
Serial iZombie (sezon 5)
Koncert Lindsey Stirling oraz Behemoth
Przepis: Murzynek

Witam po tak długiej przerwie i bardzo Was za to przepraszam. Jak widać, nadal muszę pracować nad sobą jeśli chodzi o regularność pisania postów, jednakże mam nadzieję, że dzisiejszy wynagrodzi Wam 2-miesięczną przerwę, bo znajdziecie w nim dość sporo opinii, a na koniec pierwszy przepis od lat ;)

Życzę miłej lektury i zapraszam do komentowania :)

Marcin Melon „Kōmisorz Hanusik

Odkąd kilka lat temu pojawiła się ta książka na rynku, chciałam ją przeczytać. Dopiero teraz, dzięki mojemu narzeczonemu, miałam okazję. Co w tej książce takiego szczególnego? A to, że jest to komedia kryminalna napisana po śląsku. Chociaż sama mało godom, to na szczęście jestem w stanie dość dobrze zrozumieć ślōńsko godka i nie miałam problemów ze zrozumieniem treści. Co więcej, książka jest naprawdę zabawna, przede wszystkim spodobało mi się i bawiło mnie, gdy kōmisorz musiał współpracować z Warszawiakiem. Na początku zaskoczyło mnie, że jest to zbiór opowiadań, a nie jeden kryminał, chociaż plusem jest to, że ostatecznie wszystko łączy się w całość. Drugim zaskoczeniem było pojawienie się istot nadprzyrodzonych. Na początku byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, ale ponieważ wykorzystano postacie ze śląskich legend jak np. utopce, połednice czy skarbnik, i naprawdę autor miał pomysł, jak je wykorzystać (i właściwie to o nie wszystko się rozchodzi) to właściwie dziś uważam to za największy plus tej książki. Jeśli tylko choć trochę rozumiecie śląską gwarę i lubicie zabawne kryminały, koniecznie musicie to przeczytać. Ja jestem zachwycona i koniecznie muszę dorwać kontynuacje. 9/10

Zadeklarowalimy, chopie, że my sōm Ślōnzoki, gynau takie same jak i ty. I co sie ôkozało? Poloki pedzieli, że Ślōnzokōw tyż niy ma! Niy ma! Poradzisz to spokopić?! Jo rozumia, że ftoś może niy wierzić w podciepy i utopce. Ale we Ślōnzokōw? No to fto jo, chopie, tak po prowdzie je?!

Rebecca Yarros „Ku niebu”

Ku niebu jest drugą częścią serii Odważmy się kochać, ale co ciekawe, nie jest to kontynuacja części pierwszej, czyli Wszystkimi zmysłami (moją opinię tej części znajdziecie tutaj). Opowiada historię innej pary bohaterów, ale pojawiają się tutaj również bohaterowie z części pierwszej. Co więcej, Jagger, który we Wszystkimi zmysłami pojawił się jako przyjaciel głównego bohatera, tutaj jest głównym bohaterem i to opowieść o jego życiu. Bardzo mi się podoba ten zabieg, chociaż muszę przyznać, że… z części pierwszej, którą czytałam na początku roku, nie wiele pamiętam.
Ogólnie jest to bardzo przyjemna lektura. Typowe romansidło, tylko skierowane główne do młodszych ludzi, poza rozterkami miłosnymi, również jest poruszana tematyka poważnej choroby, jak i problemów rodzinnych. Czyta się lekko, szybko wciąga, większość bohaterów jest sympatyczna. Dzięki temu, że historia jest opowiadana naprzemiennie z punktu widzenia Paisley, jak i Jaggera, poznajemy niektórych bohaterów z dwóch różnych stron. Dzięki temu m.in. Will wydaje się taki prawdziwy, jest chłopakim z wieloma zaletami, ale i wadami. Podobało mi się również ukazanie ojca głównej bohaterki, z jednej strony to surowy generał, co widać przede wszystkim na początku powieści, ale gdzieś w drugiej połowie odkrywamy, że również jest troskliwym ojcem, któremu zależy na dobru córki. Wielki plus za to.
Niestety nie brakuje minusów. Przede wszystkim bardzo rozczarował mnie dobór słownictwa w opisie scen erotycznych. Nie wiem, w jakim stopniu to wina autorki, na ile tłumaczek, ale załamałam się przy pierwszej takiej scenie, gdzie w romantycznej scenie nagle pojawiło się słowo kutas, jakby to było 50 twarzy Greya czy coś w tym stylu. Może właśnie myślicie, że przesadzam, ale wierzcie mi: to słowo tak bardzo nie pasuje to tej książki, że aż było mi przykro, że nie zastąpiono tego innym, neutralnym słowem. I wiem, że nie jestem jedyna, która ma takie odczucia…
Jeśli lubicie romanse Young Adult, polecam serię. Ja na 100% sięgnę po kolejne dwie części, które już czekają u mnie na półce. 7/10

Wybór będzie zły tylko wówczas, gdy nie będzie twoim własnym.

Rebecca Yaros „Ponad marzenia”

Tym razem między przeczytaniem drugiej, a trzeciej części nie minęło tak dużo czasu ;) Kolejna opowieść o bohaterach, tym razem Graysona kojarzymy przede wszystkim z drugiej części, a Samanthę z pierwszej. Dobrze było poznać oboje bohaterów i problemy, z jakimi musieli sobie poradzić. Powieść czyta się szybko i przyjemnie. Na pewno byłoby o wiele przyjemniej, gdyby tłumaczki potrafiły się zorientować w dialogach, że Sam to skrót od Samantha, Joey w tym przypadku od Josephine i używały poprawnej formy czasownika. Albo, żeby chociaż książka przeszła jakąkolwiek korektę… 7/10

Mariusz Szczygieł „Nie ma”

Pierwszy raz od bardzo dawna trudno mi powiedzieć, czy polecam tę książkę. Pożyczyłam ją od mojej teściowej i muszę przyznać, że przez większość treści męczyłam się. Jest to zbiór reportaży, co jest zaletą, bo są one różne i jedne były mniej interesujące, a inne ciekawe. Dzięki tym drugim nie porzuciłam czytania książki, tylko postanowiłam ją zmęczyć do końca. Zdecydowanie moim ulubionym reportażem jest Kompot przed końcem świata, czyli historia o mężczyźnie, który przygotowywał się do końca świata w 2012 roku. Nie tylko czyta się ją z zainteresowaniem, ale również daje do myślenia i refleksji o gromadzeniu niepotrzebnych rzeczy. List po końcu świata jest interesującym uzupełnieniem. Innym zapadającym w pamięć jest reportaż Śliczny i posłuszny, który jakiś czas temu wywołał furorę. Reportażu życie po życiu jest uzupełnieniem, autor opowiada, co wydarzyło się po publikacji. Myślę, że na te dwie historie zdecydowanie warto poświęcić trochę wolnego czasu i je przeczytać. Cała reszta? Czasem jest ciekawiej (np. Czytanie ścian na samym początku książki), czasem jest nudniej. Po tej lekturze mam mieszane uczucia: z jednej strony Nie ma kompletnie nie trafiło w mój gust, z drugiej nie żałuję, że to przeczytałam. 6/10

Miał zwyczaj: codziennie robił mi herbatę. Usiądź, wypijemy razem. To było takie hasło. (…) Młodzi ludzie często myślą, że w związku ważne są namiętności, a na końcu się okazuje, że najważniejsza ze wszystkiego jest herbata. I że potem brak jej najbardziej.

Z okazji pojawienia się w kinach nowej części Toy Story postanowiliśmy z D. zrobić maraton wszystkich części. Ja z chęcią przypomniałam sobie, co się działo od samego początku :)

Toy Story (1995)

Aż trudno uwierzyć, że ta animacja ma już prawie 25 lat. Czy mogę poczuć się już staro? To pierwszy film w całości wygenerowany komputerowo i chociaż przez ten czas technika posunęła się do przodu, nadal świetnie się go ogląda i nie wyobrażam sobie, by wszystkie zabawki mogły wyglądać inaczej.  Bajka zaczyna się jak sielanka, po czym akcja nabiera tempa, w niektórych momentach trzymając w napięciu, co będzie się dalej działo, a w innych wręcz przerażając, jak przede wszystkim fragment filmu, w którym Chudy i Buzz są w domu Sida. Dodatkowo zabawki w trakcie historii wiele się uczą, a dziecko (i pewnie nawet dorosły) razem z nimi. Mimo że widziałam Toy Story tyle razy, naprawdę kocham tę bajkę i myślę, że obejrzę ją jeszcze nie raz. 9/10

Toy Story 2 (1999)

Zawsze miałam dylemat, która część bardziej mi się podoba. W dużej mierze plusami dwójki była Jessie, którą bardzo polubiłam, gdy byłam mała i sama chciałam mieć taką kowbojkę. Sama fabuła filmu jest bardzo ciekawa, poznajemy przeszłość Chudego i zabawki z jego rodziny. A potem oczywiście pełna napięcia akcja, czy przyjaciele odbiją Chudego, żeby zabrać go z powrotem do Andy’ego. Kontynuacja Toy Story jest tak samo zabawna i wciągająca jak pierwsza część, dodatkowo bawią nawiązania do Gwiezdnych Wojen. Myślę, że każdy, kto polubił pierwszą część, na tej również będzie świetnie się bawić. 9/10

Toy Story 3 (2010)

Do dziś pamiętam, gdy ta część weszła do kin. Prawdopodobnie bardziej jarałam się tym filmem niż mój kuzyn, który wtedy miał zaledwie kilka lat. Warto było czekać 11 lat na kolejną odsłonę przygód, gdyż film jest przemyślany i wyraźnie widać, że twórcy mieli na niego pomysł. Bardzo podoba mi się to, że wraz z fanami filmu, którzy dorośli przez te 11 lat, dorósł również Andy, który nie potrzebuje już Chudego i pozostałych zabawek. Przez przypadek trafiają one do przedszkola, w którym twardą ręką rządzi Miś. Ta część ma chyba najwięcej elementów horroru ze wszystkich, był jeden moment, w którym odczuwało się strach razem z zabawkami, a potem następowała bardzo wzruszająca scena, gdy już myślało się: to już koniec. Ogromny plus za te emocje. Oczywiście nie mogło zabraknąć zabawnych scen czy dialogów (Barbie w garderobie Kena była świetna!). Mnie osobiście bardzo podoba się ta część, nawet zastanawiam się, czy nie jest najlepszą z całej serii… 9/10

Toy Story 4 (2019)

Ucieszyłam się, gdy usłyszałam o kontynuacji Toy Story. Niestety ostatnia część jest trochę gorsza niż poprzednie, ale nie zmienia to tego, że seans jest przyjemnością. Ci, którzy obejrzeli trójkę, wiedzą, gdzie trafiły zabawki. To właśnie tam Chudy ma cel, by nauczyć bycia zabawką twór stworzony ze śmieci przez właścicielkę, co początkowo nie jest łatwym zadaniem. Wszystko komplikuje się podczas wyjazdu rodziny, gdzie Chudy ponownie spotyka pastereczkę Bo i trafia na lalkę Gaby, która koniecznie czegoś od niego chce… Właściwie w każdej części mamy element horroru, tutaj mamy Gaby, która na początku jest naprawdę przerażająca (i przede wszystkim jej ochroniarze). Na szczęście poznajemy tę postać lepiej. Animacja wywołuje sporo emocji, przede wszystkim bawi, ale jak dla mnie, zakończenie jest smutne. Chyba nadal trochę nie mogę przeboleć decyzji Chudego… 8/10

PS: Gdyby ktoś z Was po seansie zastanawiał się, co się dzieje z Chudym… W drugim tygodniu września widziałam go w Kopenhadze na samochodzie dostawczym. Był tak zaczepiony, że wyglądał, jakby naprawdę żył, wdrapał się i próbował się gdzieś dostać ;) Niestety nie zdążyłam zrobić dobrego zdjęcia :(

Pewnego razu w… Hollywood (2019)

Bardzo długo nie było wiadomo, o czym dokładnie jest ten film. Właściwie wokół tej tajemnicy budowano sporą część marketingu. Można było próbować domyśleć się, po tym, jak opublikowano niektóre informacje, np. że jedną z bohaterek jest Sharon Tate. Po obejrzeniu seansu nie dziwiło mnie już, skąd ten brak fabuły. Właściwie trudno powiedzieć, o czym jest ten film. Przede wszystkim o przyjaźni dwóch facetów, hipisach… Mimo to nie nudzi (tylko raz miałam wrażenie, że sceny są lekko przeciągnięte). Przyjemnie się ogląda relacje między bohaterami granymi przez Brada Pitta i Leonardo DiCaprio. Obaj świetnie zagrali, a sam DiCaprio, jako że grał aktora (i w dużej części była pokazana jego praca) miał spore pole do popisu i prawdę mówiąc, jestem nim zachwycona. Liczę na to, że skończy się to przynajmniej nominacją do Oscara. Z drugiej strony są też pokazane urywki z życia Sharon Tate — Margot Robbie stworzyła bohaterkę tak przesympatyczną (przede wszystkim seny w kinie!), że nie można było od niej oderwać oczu. Ogólnie w całym filmie pojawia się kilka zaskoczeń (np. scena z George’em i hipisami), jednak to, co się dzieje na samym końcu filmu: to dopiero było zaskoczenie. Mnie przede wszystkim zaskoczyło, kto jest bohaterem tych wydarzeń… I tak naprawdę dopiero wtedy widz sobie przypomina, że to film Tarantino, ze względu na dość charakterystyczną dla niego brutalnością scen i ilością krwi.
Mnie osobiście bardzo się spodobało i nie pozostaje mi nic innego, niż Wam polecić. 9/10

Margot Robbie jako Sharon Tate. Zdjęcie z imdb.com

iZombie (sezon 5)

O iZombie wspominałam Wam w czerwcu, w tym poście, gdy napisałam kilka słów o serialu. Nadszedł czas, bym napisała coś o ostatnim sezonie jednego z moich ulubionych seriali. 5 sezon, jak większość (tylko 2 był wyjątkiem) ma 13 odcinków, podczas których twórcy starali się doprowadzić historię do końca i zamknąć wszystkie wątki. Zdarzały się trochę gorsze odcinki, ale spora część trzymała poziom i wciągała w opowiadaną historię. Było sporo elementów zaskoczenia, szczególnie na sam koniec, nie zabrakło zabawnych akcji czy ciekawych wcieleń Liv oraz Raviego. Muszę przyznać, że najbardziej bałam się zakończenia, ale… jestem nim naprawdę usatysfakcjonowana. Pewnie można mu zarzucić, że jest zbyt słodki, ale po tym, co przeszli bohaterowie, nie przeszkadza mi to, co więcej, cieszę się, że wszystko zakończyło się właśnie tak.
Uwielbiam iZombie i jest mi przykro, że to już koniec… Mam nadzieję, że za jakiś czas Rob Thomas wystartuje z nowym serialem o tej samej budowie i tematyce kryminalnej, co ten czy Veronica Mars. A Wam mogę tylko polecić i powiedzieć: jeśli spodobał się Wam pierwszy sezon, myślę, że będzie się Wam podobać do samego końca. Na szczęście nie jest to jeden z rozwleczonych w nieskończoność seriali, które nadal się kręci, ale już bez pomysłu. Chociaż tutaj nie była to decyzja twórców, ale na szczęście otrzymali szansę na stworzenie dobrego zakończenia. A ja myślę, że jeszcze kiedyś wrócę do Liv i jej przygód. 8/10

Ravi (Rahul Kohli) i Liv (Rose McIver) w odcinku „Five, Six, Seven, Ate!”. Zdjęcie z imdb.com

Ty (sezon 1)

Użytkownik Filmwebu SathyaSaiBaba napisał(a) na forum: „No ciężko to oglądać – irytująca główna postać męska, jeszcze bardziej irytująca główna postać żeńska.” Właściwie tym jednym zdaniem można opisać cały serial. Obejrzałam go, bo poleciła mi koleżanka z pracy, ale niestety się zawiodłam. Bohaterowie irytują (trudno trafić na kogoś, kto nie irytuje), przez połowę sezonu nie wiele się dzieje (byłoby ciekawiej, gdyby skrócono serial do min 3 odc. mniej), przez co strasznie się dłuży. Niby w drugiej części serialu dzieje się więcej, ale… dopiero dwa ostatnie odcinki są w miarę ciekawe…? Ogólnie zmęczyliśmy go, bo jest krótki. Wam odradzam zaczynanie tego serialu, wybierzcie coś innego. Podobno powstaje nawet drugi sezon, ale raczej nie jestem aż tak ciekawa, by kiedykolwiek go obejrzeć… 5/10

Koncert Lindsey Stirling (Kraków, Tauron Arena) 18.09.2019

fot. Artur Rakowski/Kronika24.pl

Od czasu do czasu lubię posłuchać muzyki Lindsey i gdy dowiedziałam się o jej koncercie w Polsce, pomyślałam: dlaczego nie? Szczególnie że mogłam z tej okazji spotkać się z przyjaciółką, która uwielbia Lindsey.
Koncert zaczął się w miarę punktualnie, w każdym razie tak mi się wydaje, bo nie pilnowałam aż tak bardzo czasu. Wśród zagranych utworów było sporo nowości z jej ostatniej płyty, ale i znalazło się miejsce dla tych starszych oraz… coverów. Lindsey razem z gitarzystą zaprezentowała wszystkim znane Hallelujah, które, choć słuchało się z przyjemnością, nie powaliło mnie na kolana. Z kolegami (poza gitarzystą był jeszcze chłopak grający na pudle) zagrała również dwa polskie utwory: Autobiografię Perfectu oraz Prawy do lewego Kayah i Bregovica. Z tym drugim miała pewne problemy, ponieważ nie potrafiła sobie przypomnieć początku. Złościła się na samą siebie, mówiąc, że to ten lepszy utwór. Na szczęście z pomocą gitarzysty udało się jej przypomnieć, jak to leciało i zagrać całość. To uważam za jeden z pozytywnych akcentów koncertu.

fot. Artur Rakowski/Kronika24.pl

To nie był jedyny ukłon w stronę polskich fanów. Ogromnym plusem było to, że Lindsey przygotowała wizualizacje z mową motywacyjną (dzięki czemu miała czas na przebranie się) i… mowa była po polsku. Zazwyczaj zagraniczni artyści puszczają wszystko w języku angielskim, a tutaj wszystko, łącznie z wyświetlanymi napisami było po polsku.
Innym z plusów była zabawa interakcyjna, gdzie publiczność wybierała, co ma dziać się na scenie. Na ekranie wyświetlały się dwie opcje i w zależności od tego, która dostała większe owacje, to właśnie robiły tancerki, np. na początku okradały Lindsey (zamiast zamiatać pokład; a okradanie polegało na tym, że tancerki wyciągały z płaszcza Lindsey różne gadżety jak np. koszulki i rzucały nimi w publikę ;))
Wizualnie show było bardzo ładne i wciągające. Niesamowite jest to, jak Lindsey łączy taniec z grą na skrzypcach. Jaką ona ma kondycję, żeby przetańczyć całe show i jak bardzo potrafi się wygiąć we wszystkie strony. Tancerki świetnie dopełniały wizualnie jej show. Do tego ładne i pasujące do show kostiumy i stylizacje. Wizualizacje na ekranie tylko dopełniały całość.
Niestety nie mogę powiedzieć, że to show idealne. Nie od dziś wiem, że Lindsey nie jest wybitną skrzypaczką i to słychać. Nie mam na tyle słuchu muzycznego, żeby wiedzieć, na ile zmiany w muzyce były zamierzonymi zmianami, na ile błędami artystki. Wiem tylko, że moje ulubione Shatter Me na żywo było ogromnym rozczarowaniem. W części innych utworów też coś mi nie pasowało.

fot. Artur Rakowski/Kronika24.pl

Nie żałuję, że poszłam na ten koncert, ale prawdę mówiąc… nie wiem, czy kiedykolwiek wybiorę się jeszcze raz na jej show. Może za kilka lat, żeby zobaczyć czy się rozwinęła, polepszyła? Nie wiem. Jednak jeśli ją lubicie, a nie zależy Wam na perfekcyjnie zagranej muzyce, tylko chcecie zobaczyć ładnie wizualnie show, to nie powinniście być rozczarowani jej koncertem.

Koncert Behemoth (Katowice Spodek) 28.09.2019

To mój trzeci koncert zespołu Behemoth. Za pierwszym i drugim razem supportowały ich dwa zespoły, teraz trzy… Powoli robi się z tego mały festiwal, ale o ile będą zapraszać tak dobre zespoły, jak dotychczas, nie mam nic przeciwko ;)

Dużym plusem jest to, że wszystko odbyło się punktualnie. O ok. 18:30 na scenie pojawił się zespół Whoredom Rife. W ciemności wokalista dzięki makijażowi i fryzurze wyglądał jak… zombie. Muzycznie miałam wrażenie ogromnego chaosu, ale trwało to tylko przez pierwsze 2-3 utwory. Potem im bardziej się wsłuchiwałam (szczególnie zwróciłam uwagę na perkusistę, którego gra najbardziej się wyróżniała i bardzo mi przypadła do gustu), tym było lepiej. Co więcej, było kilka naprawdę fajnych, klimatycznych momentów. Nie był to występ, który zachęciłby mnie do tego zespołu, ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby jeszcze kiedyś pojawił się jako support przed jakimś koncertem, na który się wybiorę…

Swoje 35 minut dostał również zespół In Twilight’s Embrace. Oni od samego początku wywołali pozytywne wrażenie. Wizualnie spodobał mi się pomysł rozstawienia świeczek na scenie, muzycznie chłopaki dawali radę. Od samego początku podobała mi się prezentowana przez nich muzyka. Co prawda, jak wyżej, nie zachwycili mnie aż tak bardzo, ale ponownie: nie miałabym nic przeciwko, gdybym znów ich spotkała.

In Twilight’s Embrace, zdjęcie z http://www.rockmetal.pl

Zeal & Ardor dostali 45 minut. Jeszcze przed wyjściem z domu zastanawiałam się, skąd znam tę nazwę… i odkryłam to, gdy mój wzrok spoczął na koszulce z Metal Hammer Festival, gdzie byli jednym z występujących zespołów i jedynym, który oceniłam dość pozytywnie. Nawet miałam potem przesłuchać ich płytę, ale tego nie zrobiłam… aż do teraz. Bardzo, bardzo, bardzo się cieszę, że pojawili się jako support Behemotha. Tym razem mnie zachwycili, oczarowali, byli genialni. Ten występ był majstersztykiem. Chętnie posłuchałabym ich dłużej. Oj, warto się nimi zainteresować, świetnie łączą spokojne, melodyczne fragmenty i death metalowym growlem i napieprzaniem na perkusji, to drugie przede wszystkim świetnie brzmi na żywo (mam wrażenie, że studyjne wersje utworów są łagodniejsze).

Zeal & Ardor. Zdjęcie z http://www.rockmetal.pl

Mam szczerą nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła pójść tu na ich koncert. Z wielką chęcią usłyszałabym ich ponownie.

I czas na gwiazdę wieczoru: Behemoth. Oczywiście to klasa sama w sobie. Idąc na ich występ (niezależnie od tego, czy ktoś lubi tak ciężką muzykę, czy nie) wiadomo, że z artystycznego i muzycznego punktu widzenia to będzie show dopięte na ostatni guzik. Muzycznie: majstersztyk. Członkowie zespołu grę mają opanowaną do perfekcji, są świetni. Bardzo podobało mi się, że na setlistę trafiły nie tylko nowe utwory, ale również sprzed wielu lat, jak np. Conquer All czy Slaves Shall Serve z mojego ulubionego albumu Demigod (który w tym roku ma 15 lat!) czy uwielbiane przede mnie Lucifer sprzed 10 lat… Wizualnie było dużo ognia na scenie, przed sceną, dużo dymu, pod koniec wystrzeliło czarne konfetti. W tle również nie brakowało wizualizacji, ale prawdę mówiąc, w ogóle nie zwracałam na nie uwagi.

Behemoth. Zdjęcie z Facebooka Mega Clubu, który organizował koncert.

Poza perfekcyjnym wykonaniem utworów Nergal wypowiedział, wykrzyczał i wygrowlował sporo o jego przeżyciach: Wspomniał o tym, że 10 lat temu dowiedział się o chorobie (tu w dużej mierze wygrowlował, przez co zrozumiałam tylko część przekazu ;)), już po ok. 1/3 koncertu stwierdził, że to zdecydowanie najlepszy koncert na ich trasie. Zespół potwierdził to tym, że występ potrwał o 15 minut dłużej, niż zaplanowano wg rozpiski (mam nawet wrażenie, że  w pewnym momencie Nergal zapowiedział ostatnią piosenkę, po której były jeszcze dwie albo trzy…). Po koncercie Adam potwierdził swoje słowa również na instagramie, pisząc: It was hands down one of the best shows in Poland EVER!!„. Byłam tylko na ich 3 koncertach, ale mogę powiedzieć, że tegoroczny był najlepszy z nich wszystkich.

Behemoth. Zdjęcie z Facebooka Mega Clubu

Zabawne jest to, że chodzę na ich koncerty dokładnie co 3 lata. Pierwszy odbył się w listopadzie 2013 roku, drugi w październiku 2016 roku (moja relacja tutaj) i teraz wrzesień 2019… To co, kolejny w 2022? ;) Nie… mam nadzieję, że nie będę aż tak długo czekała i jeśli wcześniej wyruszą w trasę, to również się wybiorę. Warto.

PS: Zabawne jest to, że zespół Zeal & Ardor jest drugim supportem, który tak bardzo mnie zachwycił, że: podeszłam do wokalisty powiedzieć coś miłego o tym, jak bardzo podobał mi się występ, dwa: następnego dnia zaczęłam słuchać ich studyjnej płyty. Pierwszy taki support to The Weyers ze Szwajcarii. I nie zdziwiło mnie specjalnie, gdy przeczytałam na Wikipedii, że zespół Zeal & Ardor też jest związany ze Szwajcarią. Przypadek? ;)

Behemoth. Zdjęcie z oficjalnego Facebooka zespołu. Na tym zdjęciu jestem również ja ;)

Kiedyś wrzuciłam tutaj kilka przepisów i tak się zastanawiam, czy do tego nie wrócić… Dlatego poniżej znajdziecie przepis na pysznego murzynka. Jeśli go wypróbujecie, dajcie znać ;)

Składniki:
2 szklanki cukru
1/2 szklanki wody
25 dag masła
4 stołowe łyżki kakao
1 opakowanie cukru waniliowego
6 jajek
2 szklanki mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

Wymieszaj w garnku cukier, wodę, masło, kakao i cukier waniliowy. Zagotuj (cały czas mieszając), a następnie ostudź. Odmierz ok. 1/4 masy*, a do pozostałej dodaj jajka, mąkę i proszek do pieczenia. Dokładnie wymieszaj (najlepiej mikserem). Jednolitą masę przelej do formy, wstaw do nagrzanego piekarnika, piecz ok. 40-45 minut w temperaturze 180º. Upieczone gorące ciasto polej pozostałą masą.

*Podaję 1/4 masy, ponieważ tak podano w oryginalnym przepisie. W praktyce odlewam 1/4, maksymalnie pół szklanki masy (i nie mam pojęcia, ile to % w całości) i zawsze wychodzi, więc tutaj nie musicie się przejmować dokładnym odmierzaniem ;)

***

20 września odbyła się pierwsza ogólnopolska Noc Księgarni. Oczywiście nie mogłam tego przegapić, ale swoją minirecenzję opisałam już na instagramie, więc właściwie nie będę się tu powtarzać :) Jeśli nie obserwujesz mnie na instagramie, o tej nocy mozesz przeczytać poniżej:

View this post on Instagram

Wczoraj odbyła się pierwsza @nocksiegarn na którą czekałam, odkąd tylko o niej usłyszałam. Niestety w #Katowice udział wzięły tylko 3 księgarnie: @black_woolf_kato które jest bardziej kawiarnią niż księgarnią, co mnie trochę rozczarowało. Sprzedają literaturę po angielsku, więc do kolekcji zakupiłam #HarryPotterAndTheChamberOfSecrets w oryginale ⚡😁 Niestety samo spotkanie (na które i tak nie zdążyłam od początku) mnie nie zaciekawiło, chociaż myślałam że to będzie najciekawszy punkt wieczoru. Potem poszliśmy na kiermasz książek organizowaną przez #Bukiniści – duży plus za rabaty z okazji tej nocy, tym razem to D. zakupił książkę #20000milpodmorskiejżeglugi Następnie wybraliśmy się do @miejscownik.tygielkulturalny głównie po to, żeby zobaczyć tę księgarnię. Bardzo mi się spodobała 🥰 Jest taka… przytulna 😍 Trafiliśmy na wywiad z #MonikaKassner który był tak ciekawy, że posłuchaliśmy do samego końca i zarówno ja, jak i D. mieliśmy w głowie tę samą myśl: kupimy jej książkę #SprawaSalzmanna ☺️ Do tego muszę powiedzieć, że pani która przeprowadzała wywiad naprawdę się do niego przygotowała 👏 jej pytania były naprawdę ciekawe i w fajny sposób kierowały rozmową 🥰 Ogólnie uważam, że #NocKsięgarń jest ciekawą akcją i jestem zadowolona z wczorajszego wieczoru (głównie dzięki pani Monice i zakupom książkowym). Mam nadzieję, że to nie będzie jednorazowa akcja i za rok na jesień będę mogła spędzić wieczór zwiedzając i poznając niezależne księgarnie ☺️ #JKRowling #HarryPotter #BooksBooksBooks 📚 #JuliuszVerne #bookstorenight #fridaynight #kultura #literatura #książkoholik #iznówharrypotter #kiedyjatoprzeczytam

A post shared by Izabela (@inna_odinnych) on

***

Trochę się tego nazbierało, mam nadzieję, że post Wam się spodobał. Postaram się częściej wrzucać coś nowego, chociaż oczywiście będą krótsze, ale to chyba lepsze, prawda…?

Dwa posty temu wspominałam Wam o moim bezcukrowym eksperymencie… Nie wyszło. Wytrwałam może miesiąc. Trudno. Właściwie doszłam do wniosku, że w najbliższym czasie postaram się zachować równowagę i nie popadać w skrajności: od czasu do czasu coś zjeść (najlepiej własnoręcznie zrobionego, jak ciasto), ale też nie objadać się. Na razie chyba nie jest źle i to kontroluję, szczególnie że też staram się jeść więcej owoców i warzyw. Może jak w końcu dorzucę regularne jedzenie nasion, orzechów i owoców suszonych to będzie spoko :)

Ostatnio, dzięki mojej przyjaciółce, wciągnęłam się w układanie puzzli ;) Jedne, o dziwnych kształtach już ułożyłam, jeśli chcecie zobaczyć, zapraszam na instagrama. Myślę, że tegorocznej jesieni to będzie jedną z moich głównych rozrywek. Tuż obok prowadzenia życia gwiazdy rocka w The Sims 3… ;) A Wy jak zamierzacie spędzić jesienne wieczory? :)

3 myśli w temacie “iZombie

  1. Isabelle :) pisze:

    Cóż, ja od Lindsey nie oczekuję stuprocentowej perfekcji, więc jestem zachwycona :P A na „You” mam chrapkę od dawna (głównie ze względu na Penna Badgleya w roli głównej – „Plotkara” love 4ever ♥️), ale chyba przeczytam kiedyś książkę :D Którą swoją drogą, jak się kiedyś okazało, mam na liście „Do upolowania” od lat xD

  2. Inna_odInnych pisze:

    I właśnie o tym pisałam, co kto lubi i czego chce :)
    Jakbyś miała książkę, to też się może skuszę, czytałam, że dużo lepsza. Serial może się podobać, mojej koleżance z pracy się podoba, ale ja i D. mamy inne zdanie na ten temat ;) Na szczęście jest dość krótki, to można zaryzykować :D

  3. Rblfleur pisze:

    Za Pewnego Razu w… Hollywood mam zamiar się wziąć. A Toy Story chyba czas sobie przypomnieć. Widzę, że u ciebie też ostatnio koncertowo. :D Fajne fotki. Chociaż ja nie interesuję się tymi artystami.
    Ooooo.. ja też ostatnio gram w The Sims, ale w czwóreczkę. I robię sobie challenge :D Niestety i tak na wszystko brak czasu… Pozdrawiam!

    Zapraszam na nowy post.
    https://rebellek.wordpress.com/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.