Wszystkimi zmysłami

Spis treści:
Książka: Rebecca Yarros "Wszystkimi zmysłami"
Kosmetyki:
Antyperspirant w sztyfcie, Fa, Invisible Sensitive
Antyperspirant w sztyfcie, Lady Speed Stick, Aloe
Muzyka: The Clash „Combat Rock” (1982)

Jak widzicie w spisie treści, dziś trochę inny post niż zazwyczaj :) W końcu zebrałam się w sobie, żeby zrecenzować jakieś kosmetyki (co zapowiadałam po remoncie) i napisałam również pierwszą od miesięcy recenzję muzyczną :) Mam nadzieję, że w tym roku obie kategorie będą pojawiały się tutaj częściej ;)

Rebecca Yarros „Wszystkimi zmysłami”

Tytuł oryginalny: Full Measures
Zobacz na LubimyCzytać.pl

Nie wiedziałam, czego spodziewać się po tej książce. Jako że Karolina bardzo mi ją polecała, postanowiłam się skusić na tom pierwszy. Prawdę mówiąc, bałam się, że to tandetny, cukierkowaty romans. Czy tak było?

Romans był. Cukierkowaty? Hmm… Ogromna miłość między dwójką bohaterów była trochę przesłodzona. Na szczęście tylko odrobinkę, więc to nie przeszkadzało w odbiorze książki, szczególnie że mieli pewne problemy, które musieli pokonać. Jednak ta powieść to nie tylko romans, poruszono tutaj sporo tematów, przede wszystkim żałoba po stracie kogoś bliskiego i jak różni ludzie radzą sobie z tą stratą. Główną bohaterką jest Ember, która straciła ojca — ponieważ ten został zastrzelony na wojnie w Afganistanie. Jakby tego było mało, musi poradzić sobie z tym, co zrobił jej chłopak. Dużo przeżyła w krótkim czasie, ale starała się radzić sobie, jak najlepiej potrafiła i z ogromnym wsparciem kilku osób. To z jej punktu widzenia oglądamy, jak z żałobą zmagała się jej mama, babcia i młodsza siostra.

Od jakiegoś czasu jestem bardzo wrażliwa na tematykę śmierci, prawdopodobnie dlatego już na stronie 37 wzruszyłam się tak, że pociekły mi łzy z oczu. Również później miałam momenty, w których się wzruszałam. W powieści znajdują się również fragmenty, które bawią, śmieszą, wywołują inne emocje. Dzięki wyważeniu tematyki, połączeniu opisu żałoby i romansu, nie jest to dramat, nie jest to przesłodzony romans. Dlatego historia wciąga i dobrze się ją czyta. Jednym minusem polskiego wydania są literówki. Błędnie napisane imiona, słowo od wielkiej litery w środku zdania, brak jakiejś litery w słowie… Było tu tak wiele, że nawet moje dość nieuważne oko wypatrzyło sporo z nich, nawet nie chcę wiedzieć, ilu nie wyłapałam…

Powieść polecam. Jeśli tylko lubicie Young Adult, nieprzesłodzone romanse i książkę, w której jest coś więcej niż związek między młodymi ludźmi, to prawdopodobnie książka dla Was. A ja z chęcią sięgnę po kontynuację. 7/10

„Trzymałam się planu, bo to sprawiało, że czułam się lepiej. Planu, który nie miał nic wspólnego z tym, czego chciałam. Pozwoliłam się wciągnąć w czyjeś marzenia. To, co nazywasz byciem idealnym, to tak naprawdę chodzenie w miejscu, używając wszystkich pokładów siły, żeby nie zatonąć.”

Ha! Od pół roku zapowiadam, że mam w planach recenzowanie kosmetyków i… nic. Aż do dziś. W końcu się zmotywowałam, wybrałam, o czym mogę powiedzieć coś więcej i napisałam :)

Tak się złożyło, że zacznę od kosmetyku higienicznego. Myślę, że tak to można ująć. Przedstawię Wam dwa antyperspiranty, które są nowością na mojej półce. Przyznam, że przez 2-3 lata używałam domowego dezodorantu zrobionego z nierafinowanego oleju kokosowego oraz sody oczyszczonej. Na początku byłam nim zachwycona (mimo jego wad w związku z konsystencją w zależności od temperatury w pomieszczeniu), aż po wielu miesiącach coś było nie tak, zaczęło mi to szkodzić, ponieważ zaczęły się pojawiać czerwone i bolesne wypryski. Nie wiem, czy to kwestia oleju z innej firmy niż początkowo (aczkolwiek przez min. kilka tygodni nic się nie działo) czy może z sodą jest coś nie tak, czy… to kwestia długiego stosowania. Czytałam o badaniach, które wykazały, że długotrwałe stosowanie oleju kokosowego na skórę źle na nią wpływa. Czy to prawda? Nie wiem. Wiem jedno: odstawienie mojego domowego dezodorantu zdecydowanie mi pomogło, więc postanowiłam wrócić do kosmetyków, które można zakupić w drogerii…

Antyperspirant w sztyfcie, Fa, Invisible Sensitive

Opis na opakowaniu: Antyperspirant w sztyfcie o zapachu róży i głogu. 48h ochrony.

Opis krótki, w kilku językach. Do tego skład (na którym i tak niestety się nie znam). Wybrałam tę markę, ponieważ właśnie z niej miałam antyperspirant, zanim przerzuciłam się na olej… Chciałam czegoś, co nie miałoby agresywnego zapachu, a właśnie ten jest tak delikatny, że prawie go nie czuć. I to jest malutkim plusikiem, bo niestety cały kosmetyk bardzo mnie rozczarował.

Po pierwsze:  48h to kłamstwo. Ten antyperspirant nie działa nawet 8h. Po nałożeniu rano już w porze obiadowej czułam się nieświeżo. Właściwie powiem wprost: miałam wrażenie, że śmierdzę, a moim priorytetem było czuć się komfortowo. Za to ogromny minus, który w moich oczach skreśla cały kosmetyk. Oczywiście to wynika z faktu, że antyperspirant w ogóle nie spełnia swojego zadania, tj. ochrony przed potem.  Ale przynajmniej nie uczula, więc mogło być gorzej.

Zawsze wybierałam sztyfty, bo najwygodniej mi się je nakładało. Tutaj nie jest źle, ale sztyft jest dość twardy, co sprawia, że nakłada bardzo cieniutką warstewkę i w pewnym stopniu jest to trochę upierdliwe, kiedy ma się wrażenie, że go nie ma. Dość szybko zaczęłam nakładać kilka warstw, które jednak i tak nie wiele dały… Co prawda to gwarantuje dużą wydajność, ale w tym wypadku nie jest ona pożądana. Innym plusem jest również to, że nie zauważyłam po nim plam na ubraniu.

Co tu więcej powiedzieć? Szkoda na to pieniędzy. Na całe szczęście nie kosztował zbyt wiele, zapłaciłam za niego 5,99 zł, więc przynajmniej mogę przeboleć, że tylko kilka zł wyrzuciłam w błoto. Cóż z tego, że ma kilka zalet, skoro i tak nie można ich w żaden sposób wykorzystać. A ja, mimo pozytywnych doświadczeń sprzed lat, w tym momencie zraziłam się do całej firmy.

Plusy:
♦ Nie plami ubrań
♦ Nie uczula
♦ Delikatny zapach

Minusy:
♦ Praktycznie brak ochrony
♦ Po kilku godzinach miałam wrażenie, że śmierdzę (a kosmetyk był testowany w środku zimy!)
♦ Za twardy sztyft

Ilość zużytych opakowań: W trakcie pierwszego
Czy kupię ponownie? Nie
Ocena: 3/10

Antyperspirant w sztyfcie, Lady Speed Stick, Aloe

Opis na opakowaniu: Brak

Naprawdę, nie ma nawet kilku słów opisu. Z wyjątkiem nazwy i standardowej uwadze, żeby nie stosować na podrażnioną skórę, mamy spis składników. Prawdopodobnie uznano, że informacje na etykietce powinny wystarczyć konsumentowi, czyli: with aloe extract oraz 48h antiperspirant/deodorant. Ok, mnie wystarczyło.

Pierwsze wrażenie, jeszcze w sklepie: Delikatny, dość przyjemny zapach. Prawdę mówiąc, to on zdecydował o moim wyborze. Zależało mi na czymś, co nie gryzie się z perfumami itp. Po powąchaniu kilkunastu antyperspirantów stwierdziłam, że ten najbardziej będzie odpowiadał moim potrzebom. I faktycznie tak jest, bo go nie czuję. Dodatkowo nie występuje ten problem, co u poprzednika, tj. przez cały dzień czuję się świeżo i komfortowo, z czego jestem zadowolona. Ponieważ ja szukałam bardziej dezodorantu niż antyperspirantu, to ten kosmetyk mi odpowiada. Natomiast jeśli szukacie ochrony przed potem — prawdopodobnie działa do pewnego stopnia, zmniejszając pocenie się, ale na pewno nie eliminując go całkowicie. I przypominam, że to test zimowy, podejrzewam, że w warunkach letnich tym bardziej nie podoła temu wyzwaniu.

Tutaj sztyft jest miększy, więc o wiele łatwiej się go nakłada. Pozostaje filtr na skórze, który niektórych może irytować. Uważam, że pozostająca warstwa jest na tyle gruba, żebym czuła, że coś nałożyłam, a na tyle cienka, żeby mi nie przeszkadzała. Poza tym nie brudzi ubrań, przynajmniej do tej pory tego nie zauważyłam (i mam nadzieję, że to się nie zdarzy). Nie uczula, mam wrażenie, że delikatnie nawilża skórę. Nie wiem, jak bardzo jest wydajny, ale podejrzewam, że powinien wystarczyć na ok. pół roku codziennego użytkowania. Chociaż trudno mi to przewidzieć, ponieważ mam go dopiero od ok. 3 tygodni. Za to nie jest drogi, zapłaciłam za niego 9,99 zł.

Plusy:
♦ Przyjemny zapach. Na tyle delikatny, by nie gryzł się z perfumami
♦ Uczucie świeżości przez cały dzień
♦ Łatwy w nakładaniu
♦ Nie plami ubrań

Minusy:
♦ Działa jak dezodorant, tj. nie zabezpiecza przed potem

Ilość zużytych opakowań: W trakcie pierwszego
Czy kupię ponownie? Może
Tak, ten antyperspirant przypadł mi do gustu, ale z chęcią w przyszłości wypróbuję jeszcze inne. Może coś spodoba mi się bardziej? Jeśli nie znajdę niczego lepszego, chętnie wrócę do tego.
Ocena: 8/10

Jakich dezodorantów/antyperspirantów używacie? Może coś polecacie? Dajcie znać w komentarzach :)

Post w kategorii „Kosmetyki” to nie jedyna dzisiejsza nowość. W końcu zebrałam się w sobie i pierwszy raz od bardzo długiego czasu przedstawiam Wam recenzję muzyki:

The Clash „Combat Rock” (1982)

Zobacz na Wikipedii

Na pewno każdy z Was kojarzy zespół The Clash. Jeśli ktoś z Was w to wątpi, to dodam tylko, że jednym z ich najpopularniejszych utworów, swego rodzaju klasykiem, którego nie  można nie znać (chyba że skutecznie ktoś się ukrywał przez jakąkolwiek muzyką) jest Should I Stay Or Should I Go To właśnie dzięki temu utworowi przesłuchałam cały album, zastanawiając się, czy znajdę tam jeszcze inne ciekawe utwory.

Oj tak, znalazłam i to nie jeden, do których z chęcią będę wracać. Wyżej wspomniany utwór jest moim zdaniem zdecydowanie najlepszym na albumie. Charakterystyczny riff zapada w pamięć, warto również zwrócić uwagę na hiszpański tekst w chórkach. Co ciekawe to jedyny utwór na Combat Rock, w którym zaśpiewał Mick Jones, gitarzysta zespołu. Właściwym głównym wokalistą był Joe Strummer, ale mimo to obaj panowie zaśpiewali wspólnie 3 utwory, a w jednym żaden z nich się nie udzielał wokalnie, tylko… basista Paul Simonon. Myślę, że to bardzo ciekawe rozwiązanie, ponieważ zapewnia spore urozmaicenie na albumie, szczególnie że nie można zapomnieć o gościach, jak np. poeta Allen Ginsberg, artysta Futura 2000 czy  manager zespołu Kosmo Vinyl. Cieszy mnie to również z innego powodu: nie jestem fanką głosu Joe (chociaż to też zależy od utworu), zdecydowanie wolę Micka.

Innym utworem, który możecie kojarzyć, jest Rock the Casbah. Zapada w pamięć przede wszystkim na rytmiczną muzykę i zapadającą w pamięć refren, który chętnie sobie nucę za każdym razem, gdy słyszę tę piosenkę. Nawet muszę przyznać, że Joe wypadł tutaj przyzwoicie, dzięki czemu naprawdę to lubię. Warto również zobaczyć teledysk, który mnie osobiście rozbawił i  świetnie  nawiązuje do tekstu. Część utworów z albumu wpada w ucho właśnie ze względu na dobrze zbudowaną, wpadającą w ucho rytmiczną muzykę, w której to bębny wysuwają się na główny plan, jak np. Car Jamming singiel Straight to Hell czy Atom Tan. Natomiast Overpowered by Funk aż rwie do tańca. Nie ważne, co się robi podczas jej słuchania, trudno opanować się od bujania. Muszę przyznać, że nawet skojarzyła mi się z twórczością Michaela Jacksona, przede wszystkim przez ten klimat lat 80. I to właśnie tu wystąpił Futura 2000 i świetnie się wpasował w cały utwór. Jeśli chodzi o muzykę, zdecydowanie warto przesłuchać Sean Flynn. Na tle reszty brzmi egzotycznie, ze względu na całą gamę dźwięków, które się w nim pojawiają, a przede wszystkim saksofon (udział gościnny Gary’ego Barnacle). W dużej mierze dzięki muzyce, którą możemy się rozkoszować ze względu na bardzo małą ilość tekstu, jest to jeden z najlepszych utworów na albumie. I jeszcze muszę wspomnieć o Inoculated City. Chociaż muzyka jest tu dość monotonna, to piosenka jest na tyle krótka, że nie zdąży znużyć, a duet Joe & Mick, gdzie większość tekstu śpiewają razem, wypadł bardzo dobrze i przyjemnie się tego słucha.

Niestety album nie składa się z samych dobrych utworów. Jednym z nich jest otwierające Know Your Rights. Muzyka ma potencjał, na początku bardzo dobrze się jej słucha, ale pod koniec już nuży. Niestety wokal Joego tak irytuje, że psuje całe pozytywne wrażenie pozostałych elementów. Red Angel Dragnet nuży. Muzyka jest zbyt jednostajna, a większość tekstu jest powiedziana, a nie zaśpiewana. Ogólnie jednym uchem wlatuje, innym wylatuje. Za to Ghetto Defendant zostaje w pamięci ze względu na wyróżniający się głos Allena, który recytuje Sutrę Serca. Niestety nie mogę się oprzeć wrażeniu, że utwór byłby o wiele lepszy, gdyby zostawiono wokal Joego (który wypadł tu zaskakująco dobrze), szczególnie że w tle słychać harmonijkę urozmaicającą dość monotonną muzykę. Niestety całość jest chaotyczna i przez to nużąca, a nawet irytująca. Album zamyka Death Is A Star, który chyba ma na celu uśpić słuchacza. Chociaż z jednej strony muzyka (gitara akustyczna i bodajże pianino) jest przyjemna, to wokale (duet Joe & Mick) tak irytują i nużą, że z chęcią poprosiłabym o wersję instrumentalną.

Tekstowo panowie skupili się głównie na wojnie w Wietnamie i amerykańskim społeczeństwie. Większość z nich nie zrobiła na mnie większego wrażenia, z wyjątkiem Know Your Rights, które do dziś jest w pewien sposób aktualne:

You have the right to free speech as long as you’re not dumb enough to actually try it.

Myślę, że warto przyjrzeć się tekstowi do Sean Flynn czy Inoculated City, w którym zespół opisał, że wszyscy walczą dla rządu, ale:

No one knows what they’re fighting for.

Te trzy, jeśli chodzi o tematykę społeczną i polityczną, zrobiły na mnie największe wrażenie, więc myślę, że z nimi warto się bliżej zapoznać. Innym tekstem, na który również warto zwrócić uwagę, jest Rock The Casbah, lecz tutaj trzeba doczytać, do jakich wydarzeń zespół nawiązuje, by móc go odczytać i odkryć jego sens. Mimo takiego zaangażowania politycznego nie mogło zabraknąć miejsca dla piosenki o miłości. I tu przykładem jest dobrze znane Should I Stay Or Should I Go? Muszę przyznać, że bardzo ładnie zostały opisane rozterki podmiotu lirycznego, który nie wie, na czym stoi.

W każdym utworze można doszukać się zalet i wad. Część z nich polubiłam na tyle, że z chęcią będę do nich wracała, o części równie chętnie zapomnę. Cieszę się, że zdecydowałam się przesłuchać całość i jeśli ktoś z Was lubi Should I Stay... bądź inną piosenkę z Combat Rock, polecam całość. Album nie jest perfekcyjny, ale ma swój klimat, dzięki czemu miło spędziłam z nim kilka (albo kilkanaście) godzin. Poza tym mogę polecić również First Night Back in London, które znalazło się na jednym z singli. Chociaż utwór nie porywa, mimo to przyjemnie się go słucha. Innym bonusem było Long Time Jerk, ale mnie osobiście znużył. Trafiłam również na informację o utworze Rush, ale niestety nie mogłam go znaleźć. Jeśli ktoś wie, gdzie go przesłuchać, będę wdzięczna za informację :)

Ocena: 7/10

A na koniec zostawiam Was z teledyskiem do Rock the Casbah:

Jedna myśl w temacie “Wszystkimi zmysłami

  1. Rblfleur pisze:

    Ja ostatnio nie czytam książek. Cięzko mi się zabrać za nie, ale planuję w końcu zacząć coś czytać. Fajnie, że ta książka, którą zrecenzowałaś nie jest typowym cukierkowym romansem – takie właśnie lubię. Może się za nią wezmę.

    Co do dezodorantów, ja akurat nie lubię tych w sztyfcie.
    Pozdrawiam

    https://rebellek.wordpress.com/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.