Święta na Division Street

Spis treści:
Film: Święta na Division Street
Książki: Agnieszka Pruska "Zwłoki powinny być martwe"
Keigo Higashino "Cuda za rogiem"
Gabriela Gargaś "Wieczór taki jak ten"

Jak się czujecie po świętach? Właściwie w tym roku się nie przejadałam (a zawsze jadłam więcej niż byłam w stanie wcisnąć w siebie), ale i tak sporo pojadłam makówek i innych świątecznych specjałów i… mam dość słodkiego. W styczniu robię sobie przerwę od słodyczy i cukru ;) Życzcie mi powodzenia.

Dzisiejszy post nadal trochę w tematyce świątecznej, ale spokojnie, to nie recenzja uwielbianego przeze mnie Kevina, a filmu, który bardzo lubię, jednak niestety jest mało znany. Na zakończenie postu świąteczna książka, której, w przeciwieństwie do filmu, nie polecam. Serdecznie zapraszam do czytania i już zapraszam na nowy post (jeśli się uda, ukaże się jutro, najpóźniej we wtorek) z podsumowaniem roku 2018 ;)

Święta na Division Street (1991)

Tytuł oryginalny: Christmas on Division Street
Zobacz na Filmweb.pl

Niestety to mało znany film, nad czym ubolewam, ponieważ jest jednym z moich ulubionych ze świętami w tle. Trafiłam na niego przypadkiem kilka lat temu, gdy w Wigilię ubierałam choinkę (zawsze podczas ubierania jednym okiem oglądałam coś w telewizji)… Już za pierwszym razem film mnie oczarował, rok czy dwa lata później, jak tylko zauważyłam, że znów jest wyświetlany, obejrzałam go ponownie. Niestety od kilku lat stacja o nim nie pamięta, a ja bardzo chciałam do niego wrócić. Na szczęście okazało się, że ktoś wrzucił całość na YouTube (tylko że w języku angielskim, co mi nie przeszkadza) i jeszcze przed świętami mogłam wrócić do historii Trevora i Cleve’a.

Ten film różni się od wielu świątecznych filmów. Przede wszystkim tym, że to nie jest komedia i porusza poważne tematy, jak bezdomność czy śmierć. Trevor jest czternastoletnim chłopcem, który dopiero przeprowadził się do nowego miasta. Jest pogrążony w żałobie po śmierci dziadka, w nowej szkole nie ma przyjaciół, a dodatkowo chłopak z klasy Derek mu dokucza. W bibliotece publicznej Trevor poznaje Cleve’a, który przedstawia się jako minister edukacji i pomaga mu w zadaniu z historii. Tak rozpoczyna się ich niesamowita przyjaźń, która nikomu się nie podoba, ponieważ Cleve jest bezdomny. Mimo przeszkód Trevor nie chce i nie potrafi zrezygnować z bezdomnego przyjaciela, który tak bardzo przypomina mu dziadka.

Chociaż historia jest smutna, to ma coś w sobie, co sprawia, że z zainteresowaniem oglądałam rozwój ich przyjaźni, przedstawione życie Cleve’a i innych bezdomnych. Poza tym dodatkowym oraz ciekawym elementem, który zasługuje na uwagę, jest rozwój postaci, co przede wszystkim widać na przykładzie Dereka — kolegi z klasy Trevora. W myśl każdy ma jakąś historię w drugiej części filmu widz poznaje go lepiej i jak się okazuje, warto mu dać drugą szansę. Muszę również przyznać, że Derek trochę mi przypomina Dracona Malfoya z Harry’ego Pottera i naprawdę bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że był inspiracją autorki. Między tymi bohaterami jest sporo podobieństw, nie tylko w charakterze, poprowadzeniu postaci, ale i wyglądzie. Poznajemy też lepiej przeszłość Cleve’a i pod koniec łatwiej nam zrozumieć, jak tak miły oraz mądry człowiek wylądował na ulicy. Z drugiej strony on również pokazuje, jak trudno jest pomóc takim ludziom, jak on i jak wiele siły trzeba mieć, żeby móc odbić się od dna. Spośród bezdomnych poznajemy również Scorpio, który jest zupełnie różny od Cleve’a. I chociaż nie wiadomo, dlaczego wylądował na ulicy, to on jest tą częścią historii, która daje nadzieję.

Chociaż w tytule filmu są święta, to tak naprawdę świąt tutaj niewiele. Pojawiają się dopiero na końcu, ale dla mnie to zaleta tego filmu. Podoba mi się również to, że zakończenie jest słodko-gorzkie. Z jednej strony dzieje się coś, co wyciska łzy z oczu (zawsze mnie wzruszały te sceny, a w tym roku płakałam jak małe dziecko, co jest związane z tym, że ostatnio jestem rozchwiana emocjonalnie, a już przede wszystkim w tej tematyce), z drugiej to wydarzenie sprawia zmianę nastawienia kilku osób i mamy takie zachowania, wręcz polane lukrem, ale… są one na tyle prawdopodobne, że to nie przeszkadza. Realizm tej historii jest też zaletą filmu, chociaż kto wie, ile w tym prawdy (na plakacie jest informacja, że jest oparty na prawdziwej historii).

Oczywiście film nie jest bez wad, aczkolwiek te trudno mi nazwać. Mimo niedoskonałości naprawdę warto go obejrzeć, warto poznać tę historię, która nie tylko wzrusza, ale i daje do myślenia. Ma coś w sobie. Moje serce już dawno podbił i jestem pewna, że jeszcze nie raz do niego wrócę. 8/10

Agnieszka Pruska „Zwłoki powinny być martwe”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

„Generalnie zwłoki powinny by martwe — zauważyłam z naciskiem. — Bo inaczej to prawie jak z jednocześnie żywym i martwym kotem tego gościa od kwantów, no jak mu… Schrödingera. W każdym razie ja nie reflektuję na takie częściowo nieżywe zwłoki.
— A na zupełnie nieżywe?
— Już bardziej, wiadomo, czego się można po nich spodziewać.”

Książkę poleciła mi i pożyczyła Karolina. Zachęcona jej pozytywną recenzją, z chęcią w końcu sięgnęłam po powieść Agnieszki Pruskiej. Przeczytałam ją dość szybko, z kilku powodów. Raz: Czyta się ją naprawdę szybko, jest lekka i przyjemna, przygody Ali i Julki naprawdę wciągają. Do tego książka jest chyba napisana jednym ciągiem, co utrudnia się oderwanie od niej. Naprawdę, jak byłam zbyt senna, żeby kontynuować lekturę, miałam problem, w którym miejscu skończyć… Z jednej strony ciekawy zabieg, z drugiej… dość kłopotliwy, szczególnie że książka ma ponad 400 stron.

Powieść zaczyna się dość ciekawie. Dwie nauczycielki jadą na odludzie, do leśniczówki kuzyna jednej z nich, po czym na spacerze znajdują trupa. Jadą zawiadomić policję, wracają i… trupa nie ma. I właśnie to sprawia, że obie postanawiają dowiedzieć się czegoś więcej i wyjaśnić tę zagadkę. Jednak to nie jest typowy kryminał, ponieważ powieść jest utrzymywana w humorystycznym tonie i skupia się na relacjach głównych bohaterek i ich sposobie myślenia, próbach odkrycia, o co w tej sprawie chodzi. Nie ma tutaj typowego śledztwa, które byłoby opowiedziane z punktu widzenia np. policjanta.

Poza dużą dawką humoru plusem są bohaterowie. Od razu polubiłam Alę i Julkę, dzięki czemu przyjemniej czytało mi się tę powieść. Dlatego też z chęcią sięgnę po kontynuację. Również bohaterowie drugoplanowi w głównej mierze zostali ciepło przedstawieni: rodzina Ali, policjant, dwójka starszych ludzi, z którymi nasze bohaterki się spotkały… Oczywiście nie jest to arcydzieło i chyba zbyt pozytywna recenzja, która mnie skłoniła do tej powieści, niestety za wysoko podniosła moje oczekiwania, jednak mimo to miło spędziłam z nią czas. Jeśli potrzebujesz odmóżdżacza, a lubisz kryminały w żartobliwym tonie (np. książki Chmielewskiej), to spokojnie mogę polecić powieść Agnieszki Pruskiej. A jak już wspomniałam, z chęcią przeczytam Wakacje z trupami. 7/10

Keigo Higashino „Cuda za rogiem”

Tytuł oryginalny: Namiya zakkaten no kiseki
Zobacz na LubimyCzytać.pl

Na książkę trafiłam dzięki Izie, ponieważ zaproponowała mi, że mogę ją kupić na jej urodziny. Z chęcią na to przystałam, bo ona się ucieszy, że dostanie książkę, którą wybrała, a ja nie muszę dłużej zastanawiać się nad prezentem. Oczywiście nie mogłam przepuścić okazji i święta spędziłam m. in. czytając Cuda za rogiem.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej powieści, dlatego każdy jej element mnie zaskakiwał. Podoba mi się pomysł i przeplatanie teraźniejszości z przeszłością, przedstawienie losów kilku postaci, a następnie ich powiązanie. Już po kilku czy kilkunastu stronach czuć magię i ona nie opuszcza aż do końca. Prawdę mówiąc, nie wiem, co napisać, żeby Wam nie zdradzić za dużo. Dawno nie spotkałam książki, która tak bardzo mnie oczarowała, zaskakiwała, wzruszała praktycznie od początku do samego końca. Dodatkowym elementem, który sprawia, że ta powieść jest dla mnie tak wyjątkowa to miejsce akcji: Japonia. Oj, dawno nie czytałam książki, której akcja toczy się w tym kraju i miło poznać cząstkę innej kultury, szczególnie że została ona podana w tak przyjemny sposób.

Aż żal mi, że ta książka wkrótce opuści moją półkę. Jestem pewna, że kiedyś z chęcią do niej powrócę. Cieszę się, że ktoś wpadł na pomysł wydania jej w Polsce (i to jeszcze w tak pięknej okładce!) i cieszę się, że dzięki Izie trafiła ona w moje ręce. Gorąco polecam. To jedna z najlepszych książek, które czytałam w ostatnich latach 10/10

Uwierz w siebie i wykorzystaj życie w pełni, tak by niczego nie żałować.

Gabriela Gargaś „Wieczór taki jak ten”

Zobacz na LubimyCzytać.pl

Ja Izie na urodziny kupiłam taką fajną książkę, a ona w prezencie świątecznym dała mi to… Oczywiście nie złośliwie, właściwie sama kiedyś wrzuciłam tę książkę na półkę Chcę przeczytać. Jeszcze zanim zabrałam się do niej, ba, zanim ją dostałam, już wiedziałam od Izy, że książka jest dość kiepska. O dziwo nie przeleżała u mnie na półce kilku miesięcy, a wręcz od razu trafiła do najbliższych planów, w dużej części przez tematykę świąteczną.

Miałam nadzieję, że jednak nie będzie tak źle, jak to przedstawiła mi Iza. Ostatecznie oceniłam ją wyżej… Najbardziej boli to, że powieść miała potencjał na słodką, uroczą historię, w której życie bohaterów zmienia się dzięki wyjazdowi do wiochy w górach na czas świąt. Gdyby była ona dobrze i w miarę realistycznie opisana, mogłoby się ją czytać z prawdziwą przyjemnością i nawet do niej wracać…

Niestety tutaj wyraźnie widać, że warsztat i styl autora jest istotnym elementem, czy książkę dobrze się czyta, czy nie. Dawno nie czytałam czegoś, co było aż tak źle napisane, co aż tak bardzo męczyło. Dialogi, w których co chwilę ktoś wybuchał śmiechem, nawet przy niezbyt zabawnych sytuacjach czy tekstach, wręcz ocierały się o żenadę. Do tego autorka chyba nie była pewna, czy woli napisać poradnik, czy powieść… O ile lubię książki, w których autorzy przemycają, czasami bardzo oczywistą mądrość, jak być dobrym i szczęśliwym, tutaj pani Gargaś zdecydowanie przesadziła patetyzmem i pompatycznością. A jak dodam, że w mniej więcej połowie powieści znajduje się fragment, w którym autorka zwraca się bezpośrednio do czytelnika i to właściwie tak z d…, bez uzasadnionej przyczyny, sprawia, że zaczęłam się zastanawiać, co ona bierze albo pije podczas pisania… A jak jeszcze pojawiły się dziwne, nierealistyczne sytuacje, to tym bardziej ocena książki maleje. I tak dwukrotnie pojawiło się pióro, niby ze skrzydła anioła — zmarłej mamy. Podczas obu fragmentów miałam ochotę walić głową w ścianę. Główna bohaterka robiła aniołki z masy solnej, które błyskawicznie się  sprzedały. A jak wspomnieć o ludziach z wioski, którzy przebierają się za elfy i kolędują… Chociaż i tak największy facepalm miałam w momencie, w którym pojawiła się pewna postać pod koniec książki. Właściwie można było się tego domyślić (nie tego, że ona się pojawi, bo to jest dla czytelnika jasne, chodzi mi o to, jakiej jest narodowości), ale chyba podświadomie wypierałam to z umysłu. Pasuje tu to jak pięść do nosa…

Dodatkowo rozczarowało mnie to, że autorka była taka tajemnicza w stosunku do przeszłości jednej bohaterki. I to mnie naprawdę interesowało, co się stało w jej życiu, że zdecydowała się przeprowadzić do takiej wiochy? I wiecie co? Nie dowiedziałam się. To pozostało tajemnicą, bo… podobno to jest głównym wątkiem w kontynuacjach… Ehh… aż tak ciekawa to ja jednak nie jestem…

Na szczęście na ogół nie zwracam uwagi na literówki, chociaż i mnie rzuciło się tu kilka w oczy. Jednak największym hitem są zamknięcia cudzysłowów, których nikt nie otwierał… Na końcu książki są naprawdę dziwne życzenia i podziękowania (które potęgują wrażenie, że autorka pisała książkę pod wpływem jakiejś substancji) oraz kilka stron poświęconych rękodziełu. Tak więc możemy nauczyć się robić kokardki do prezentów (z tego chyba kiedyś skorzystam), kartki prezentowe, a nawet aniołki, które były opisywane w powieści. Dla osób interesujących się tematem może to być ciekawy dodatek, a dzięki zdjęciom wydaje się to łatwe.

Nie polecam tej książki. Okładka jest bardzo ładna, ale powieść jest bardzo rozczarowująca. Już lepiej przeczytać kolejny raz Opowieść wigilijną czy obejrzeć jakiś film, który znamy wręcz na pamięć, niż zabierać się za czytanie tej kiepsko napisanej powieści. 4/10

Bardzo często ludzie są skoncentrowani na tym, co chcieliby dostać od losu, i nie dostrzegają tego, jak wiele już mają.

2 myśli w temacie “Święta na Division Street

  1. Isabelle :) pisze:

    A mogłam Ci kupić najnowszą książkę Sparksa… :D Tymczasem sprezentowałam Ci coś, co w rankingu najgorszych książek tego roku zajęło u mnie drugie miejsce, ech :D Całe szczęście, że dzięki mnie przeczytałaś też coś naprawdę dobrego :D
    Muszę kiedyś obejrzeć w końcu ten film :)
    Czekam na podsumowanie :D

    • Inna_odInnych pisze:

      No mogłaś… Ale w wakacje są moje urodziny to będziesz mogła się zrehabilitować ;P
      Pisze się, już zaczęłam, więc może chociaż raz wyrobię się w wyznaczonym przeze mnie terminie ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.