Relacje z koncertów: David Garrett, Closterkeller i The Rasmus

Ostatnio miałam naprawdę kiepski czas. Miałam kilka własnych małych problemów, z którymi walczę do dziś, a na dodatek zachorowała moja babcia i przed dniem babci trafiła do szpitala. Niestety przegrała walkę z chorobą i już jej nie ma wśród nas. Nadal nie mogę w to uwierzyć, kilka pierwszych dni były dla mnie cholerne trudne, bo miałam z babcią dobry kontakt i wiem, że będzie mi jej brakować… Chociaż muszę przyznać, że od jej pogrzebu czuję się trochę lepiej…

Jaki związek ma śmierć mojej babci z koncertami? Ano taki, że planowałam się wybrać na koncert Kamila Bednarka, który odbył się w niedzielę 4 lutego, ale nie miałam ochoty. Na dodatek pogrzeb babci odbył się równy rok po jednym z najlepszych koncertów w moim życiu, czyli koncercie Panik w Hamburgu…

Podczas jesieni zeszłego roku byłam na trzech koncertach, o których nie napisałam do tej pory ani jednego słowa. Ponieważ minęło od nich dość trochę czasu, nie jestem w stanie stworzyć tak dokładnej i emocjonalnej relacji, jak zrobiłabym to od razu po wydarzeniu… Mówi się trudno, jako że od tygodni mam problemy z regularnym pisaniem, ale stwierdziłam, że postaram się dziś powiedzieć chociaż kilka zdań o każdym koncercie:

David Garrett (Kraków, 25.10.2017)

David mnie zaskoczył: Polscy fani długo czekali na jego pierwszy koncert, który odbył się w grudniu 2016 roku w Łodzi. Miałam to szczęście być na nim i swoje wrażenia opisałam tutaj. Emocje jeszcze nie opadły, a David ogłosił trzy kolejne koncerty w Polsce, miałam przyjemność być na jednym z nich.

Uwielbiam Davida, jego muzykę, jego grę. Jeśli ktoś jakimś cudem go nie zna, dodam, że on jest skrzypkiem. To niesamowite, że na koncercie jego gra brzmi dokładnie tak samo jak na płycie (chyba że sięga po starsze utwory, wtedy słychać różnicę w dźwięku skrzypiec). Chociaż i ten koncert, tak jak z Łodzi, zaliczał się do Explosive Tour, nie zabrakło na nim kilka utworów, które zostały wydane na jego najnowszej płycie Rock Revolution (premiera odbyła się ok. miesiąc przed koncertami w Polsce).

Do dziś pamiętam, jak się cieszyłam, że usłyszałam na żywo Bitter Sweet Symphony (podobno na tym koncercie David pierwszy raz zagrał to przed publicznością – w każdym razie tak twierdził ;)), niesamowitą wersję Purple Rain, która przyprawiła mnie o gęsią skórkę i tak wzruszyła, że miałam łzy w oczach, Fix You czy Born In The USA. Oczywiście było sporo starych kawałków, najbardziej cieszyłam się, że znów mogłam usłyszeć na żywo Dangerous, Viva La Vida, Explosive, Lose Yourself i They Don’t Care About Us.

W sumie David wraz ze swoim zespołem wykonał 27 utworów, mniej więcej w połowie koncertu robiąc krótką przerwę – czyli dokładnie to samo, co słuchacze znali już z Łodzi. Było więcej podobieństw do tego koncertu – David wykorzystywał dokładnie te same bajery, co kilka miesięcy wcześniej, jak np. to samo opowiadał o Frozen albo jego gra z publicznością, która miała udowodnić jej, że zna muzykę klasyczną ;) Prawdę mówiąc, to tak bardzo mi się podoba, że cieszyłam się, że mogłam zobaczyć i usłyszeć jeszcze raz. Ogółem fantastycznie się obserwuje Davida na scenie, jak on się cieszy, jak gra.

Koncert był tak niesamowity, tak mi się podobał, że nie żałuję ani złotówki, którą na niego wydałam. Co więcej, jestem pewna, że jak David wróci do Polski, wybiorę się kolejny raz. Może nawet udam się kiedyś do Niemiec, żeby usłyszeć jego występ nie tylko z zespołem, ale i orkiestrą, bo obawiam się, że na takie wydarzenie w Polsce możemy jeszcze długo poczekać…

Closterkeller (Zabrze, 3.11.2017)

Nie jestem wielką fanką Closterkeller, ostatnio słucham też ich rzadziej. Ale nigdy nie zmieni się to, że moim pierwszym klubowym koncertem był koncert Closterkeller w Katowicach w 2012 roku. Na ten w Zabrzu poszłam przede wszystkim przez sentyment, jaki darzę do zespołu. Poza tym koncert sprzed ponad 5 lat bardzo mi się podobał i zapadł w mojej pamięci, liczyłam na to, że teraz będę się bawić równie dobrze.

Niestety pomyliłam się.

Jako support wystąpił zespół Pampeluna. Sam zespół kojarzę z nazwy (często wspominają o nim w AntyRadiu), ale nie bardzo kojarzę muzykę. Występ pod względem muzycznym nie przypadł mi do gustu, ale nie był to najgorszy support, jaki widziałam (Strażaków przed Evanescence trudno przebić). Do dziś nie wiele pamiętam z ich występu, poza jednym szczegółem, którego nie znoszę u muzyków: alkohol. Moim zdaniem, jeśli artysta ma szacunek do fanów, wchodzi trzeźwy na scenę. Znaczy się, oni pijani raczej nie byli, ale podczas całego występu popijali piwo z butelki. Niestety takie zachowanie strasznie mnie drażni, to nie próba w garażu, tylko występ, za który otrzymują kasę.

Byłam trochę zmęczona tym koncertem, gdy na scenie pojawili się Closterkeller. Nastawiałam się pozytywnie, z myślą, że będę się dobrze bawić. Niestety ich występ mnie zmęczył. Głównym powodem było to, że… nowa płyta zespołu mnie nie przekonała, nie pochłonęła mnie, przesłuchałam raz i jakoś nie mogę się zebrać, żeby ją włączyć ponownie. A pierwsza część koncertu polegała na tym, że zespół zagrał cały album od początku do końca… Gdyby to było Bordeaux czy Aurum, byłabym zachwycona takim obrotem sprawy… Niestety nie przy Viridian. Ale zdradzę Wam jedną ciekawostkę, która zaserwowała Anja Orthodox: Jeden z utworów („Strefa ciszy”) jest zainspirowany bądź związany z okolicami Zabrza. Z pewną dziewczyną zinterpretowałyśmy ten utwór tak: Ponieważ mowa w nim jest o czarnej perle, to oznacza, że jest on o… węglu ;) (To oczywiście taki żart, ale to jedyna rzecz, którą pamiętam z pierwszej części koncertu ;P)

Druga część koncertu składała się ze starych utworów. Bawiłam się tu już trochę lepiej, ale niestety nie tak dobrze, jakby te utwory się pojawiły na początku… Po prostu zmęczenie dawało we znaki… Również publiczność bawiła się lepiej podczas tych utworów.

Nie pamiętam, jak długo trwał ten koncert, zespół spędził chyba ok. 2 godziny na scenie. Niby ta druga część była krótsza, ale były dwa albo trzy bisy. Powiem szczerze, że to mnie zaskoczyło, bo wokalistka – Anja Orthodox była przeziębiona. Gdy mówiła, było słychać, że jest chora, a mimo to śpiewała bardzo dobrze, za co do dziś ją podziwiam.

Niestety dla mnie jesienny koncert Closterkeller był rozczarowaniem, nie przypadł mi do gustu. Szkoda. Jednak nie zamierzam się przez to zrażać do zespołu, myślę, że może kiedyś ponownie się wybiorę, o ile koncert będzie miksem utworów z całej dyskografii albo po nowym albumie, jeśli podbije moje serce, tak jak to zrobiło już wspomniane Bordeaux czy Aurum.

The Rasmus (Kraków, 14.11.2017)

Trochę się wahałam, czy iść na koncert The Rasmus, ale śmierć Chestera Benningtona uświadomiła mi jedno: Jeśli masz okazję, dziewczyno, iść na koncert zespołu, który lubisz, wykorzystaj ją, bo drugiej szansy może już nie być. Bilety nie były drogie, moja kochana przyjaciółka zaproponowała mi nocleg, to wykorzystałam okazję i pojechałam.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak bardzo, bardzo, bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Nie dlatego, że The Rasmus było tak genialne…  Nie, nie chodzi tu o główną gwiazdę, o której zaraz więcej napiszę, ale o zespół The Weyers.

Jeśli zastanawiacie się, o kim piszę – nie przejmujcie się, że nie znacie tego zespołu. Do 14 listopada też go nie znałam. To duet pochodzący ze Szwajcarii (szkoda że wtedy tego nie wiedziałam, to bym porozmawiała z chłopakami po niemiecku, a ja się produkowałam po angielsku), dokładniej mówiąc, to dwóch braci. Jeden grał na perkusji, a drugi śpiewał i jednocześnie grał na gitarze. Do tej pory nie widziałam tak genialnego supportu. Przez cały koncert byłam zauroczona chłopakami: Mają świetne piosenki (możecie posłuchać na Spotify, studyjne wersje utworów są bardzo dobre), które na żywo brzmią fantastycznie. Bracia są utalentowani, a Adi wymiatał – widać było, że uwielbia być na scenie i śpiewać, co robi bardzo dobrze. Bardzo szybko łapie też kontakt z publicznością. Pół godziny, które spędzili na scenie, było zdecydowanie za krótko. Ja chciałam więcej! I nie tylko ja: Publiczność bardzo długo oklaskiwała ich po występie – nigdy dotąd nie spotkałam się z tym, żeby support był tak długo oklaskiwany. Chyba nawet The Rasmus nie otrzymali takich owacji tego wieczoru…

Jak już wspomniałam, rozmawiałam z chłopakami, a właściwie z Adim. To dowodzi, jak byli genialni – skoro ja, tak nieśmiała osoba, odważyła się podejść po koncercie do chłopaków, żeby im powiedzieć, jak są amazing, jak bardzo podobał mi się ich występ, to coś znaczy. Do tej pory tego nie robiłam (nie w przypadku supportu, czasem zdarzyło mi się coś powiedzieć głównej gwieździe), ale myślę, że będę to robić, jeśli będę mieć do tego okazję – do dziś, jak zamknę oczy, widzę tę radość Adiego po usłyszeniu moich słów ♥ I dostałam od niego zapałki z logiem zespołu na pamiątkę (i mnie przytulił, haha). Potem jeszcze napisałam im dłuuugi komentarz na Facebooku…

Jednym słowem: Posłuchajcie! Naprawdę, przesłuchajcie ich muzykę, przede wszystkim najnowszą płytę „Out of Our Heads”. Do dziś, jeśli myślę o tym wieczorze, to najpierw oni przychodzą mi do głowy ;)

Drugim supportem był zespół, którego nazwy za cholerę nie mogę zapamiętać. Na szczęście od czego są bilety, które zostawiam na pamiątkę? ;) A więc, jako drudzy wystąpili Klogr, tym razem trio, o ile dobrze pamiętam. Niestety ich występ był rozczarowujący. Myślę, że ogółem by mnie nie porwał, a tu mieli poprzeczkę zawieszoną tak wysoko… Najbardziej denerwujące w ich występie było to, że perkusja była za głośna w stosunku do reszty instrumentów i wokalu, co przeszkadzało w odbiorze. Powiem szczerze, że nudziłam się podczas tego występu (ale i tak nie byli najgorszym supportem ever, słyszałam gorsze) i cholernie żałowałam, że musiała być zmiana supportu, The Weyers mogliby dostać ich czas i zagrać godzinę…

Jako ostatni wystąpili The Rasmus. Nie przebili The Weyers, ale to nie znaczy, że to nie był dobry występ. Wręcz przeciwnie. Muzycznie i wokalnie dobrze sobie radzą, miło się słuchało ich koncertu, nawet jeśli nie znałam wszystkich zagranych kompozycji. Oczywiście nie mogło zabraknąć największych hitów zespołu, jak np. „In The Shadows” i kilka innych. Osobiście się wzruszyłam, gdy występ zakończyli „Sail Away”, moją ulubioną kompozycją z ich repertuaru. Z tego, co pamiętam, to tu Lauri sięgnął też po gitarę akustyczną, to był jedyny utwór, przy którym nie tylko śpiewał, ale i też grał.

Pomiędzy piosenkami starali się coś opowiadać, ale prawdę mówiąc, nie zrozumiałam, o co im chodziło…

Jeśli lubicie The Rasmus i macie okazję wybrać się na ich koncert, a jeszcze się wahacie, mogę Wam powiedzieć: zróbcie to, warto. Pod koniec września zagrają w Gdańsku i we Wrocławiu. Szkoda, że tym razem nie zabierają The Weyers ze sobą, bo wtedy bez wahania poszłabym na ich koncert. A tak nie czuję potrzeby, żeby jeszcze raz posłuchać ich na żywo, chociaż to był naprawdę dobry występ, więc jeśli jeszcze nie byliście na ich koncercie, a chcecie posłuchać „In the Shadows” na żywo, skorzystajcie z okazji ;)

Jedna myśl w temacie “Relacje z koncertów: David Garrett, Closterkeller i The Rasmus

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.