„Obudź się ze mną, życie jest takie piękne”

22 kwiecień jest dla mnie jednym z ważniejszych dni w roku. Ten dzień nazywam pół-żartem, pół-serio moimi „drugimi urodzinami”.

Jedną z moich poważnych wad jest to, że lubię mówić o sobie. Inną, że lubię rozpamiętywać przeszłość. W połączeniu: lubię mówić o tym, co przeżyłam. Wielu z was wie, co mnie spotykało. Inni mogli przeczytać tylko wzmiankę, nie znając szczegółów. Raczej nie będę się dziś w nie wgłębiała, tylko opiszę tak bardziej ogólnie.

Opiszę tylko, dlaczego w ogóle świętuję swoje „drugie urodziny”. Dlaczego właśnie ten dzień wybrałam na świętowanie, jak doszło do tego, że coś takiego pojawiło się w moim życiu.

Wszystko zaczęło się ponad cztery lata temu, kiedy zaczęłam odczuwać ból egzystencjalny. Mówiąc najprościej, zachorowałam na depresję. Z jednej strony była to swojego rodzaju szkoła przetrwania, budząc się każdego dnia, nie miałam ochoty wstawać i brakowało mi sił, by żyć. To były mrocznie miesiące i wiem, że nie jestem jedyną osobą, która coś takiego przeżyła. Nie jestem pod tym względem wyjątkowa, jak zdarzało mi się myśleć.

Najgorsze miesiące miały miejsce w pierwszej klasie liceum, kiedy to w nowej szkole miałam problemy  z zaakceptowaniem samej siebie oraz byciem zaakceptowaną przez innych. Rozmawiałam z ludźmi, z którymi albo nie byłam blisko albo oni nie potrafili zrozumieć tego, co przeżywam. Co mnie w sumie nie dziwi, trudno pojąć coś, z czym samemu się nie przyszło spotkać.

Moją jedyną pomocą była internetowa znajoma, Agata, która przeżywała wcześniej to, co ja. Martwiła się o mnie i prosiła, bym poszukała pomocy u specjalisty. W kwietniu 2008 roku czułam, że moje życie jest tak bezsensowne, że nie widziałam również sensu w poszukiwaniu pomocy. Jedyne o czym myślałam, to żeby ze sobą skończyć.

Nie żałuję, że zachorowałam na depresję i przeżyłam miesiące cierpienia. To mnie zmieniło i wiele nauczyło. Żałuję tylko jednej rzeczy, którą zrobiłam dokładnie 22.04.2008 roku, późnym wieczorem, a w zasadzie nocą. Próbowałam się zabić. Wśród wszystkich dostępnych mi opcji, które mogłam wziąć pod uwagę, wydawało mi się, że wybieram najprostszy i w szczególności: najmniej bolesny. Dziś cieszę się, że nigdy się nie znałam na medykamentach, więc następnego dnia, o świcie się obudziłam. Kolejne kilka godzin nie było różowe, w końcu mój organizm próbował się pozbyć wszystkiego za pomocą wymiotów, jednak wiedziałam, że ostatecznie przeżyję. Do dziś pamiętam, że mocno świeciło słońce, było bardzo ciepło, a ja leżałam bez sił i cieszyłam się, że żyję…

Dlatego właśnie ten dzień jest taki szczególny. Tego dnia coś we mnie umarło, a coś zrodziło się na nowo. To był punkt kulminacyjny mojej choroby, po którym starałam się wyjść z tego i odnaleźć szczęście. Początkowo naiwnie sądziłam, że samej uda mi się z tego wyjść. Dopiero później skorzystałam z fachowej pomocy psychologa, a w szczególności psychiatry. Pół roku na lekach, wsparcie rodziców oraz wychowawcy, pomogło mi z tego wyjść.

Może ktoś z was zacznie się zastanawiać, co tak w zasadzie zmieniło się w moim życiu?

Muszę powiedzieć, że sporo. Zawsze byłam dziecinna, a przez ten czas błyskawicznie dorosłam.

W podstawówce stworzyłam sobie plan na przyszłość: konkretne liceum, później wybrany kierunek studiów… oczywiście znalezienie fajnego męża, dzieci itp… W trakcie choroby zrozumiałam, co tak naprawdę liczy się w życiu. Pamiętam jedną sytuację z wycieczki w maturalnej klasie, kiedy wychowawca zadawał nam pytanie, czego oczekujemy od przyszłości, co chcemy osiągnąć. Wszyscy mówili rzeczy, które ja sama powiedziałabym dwa lata wcześniej. Gdy w końcu nadeszła kolej na mnie, powiedziałam tylko: „Chcę być szczęśliwa.” Do dziś chcę tylko tego. Każdy mój dzień to walka o szczęście. Staram się cieszyć z wszystkiego, co mam. Z każdego drobiazgu spotkanego na drodze, nawet gdy to „tylko” ładna pogoda podczas mojego spaceru. Dziś dla mnie nie liczy się nic innego, niż bycie szczęśliwą.

Szczególnie dzisiejszego dnia cieszę się z tego, że żyję. Że przeżyłam wiele fantastycznych chwil i mogę przeżyć kolejne.

Nauczyłam się również czegoś innego. Że nie warto robić planów na całe swoje życie. Nigdy nie wiadomo, co nas spotka. Nie robię żadnych konkretnych planów, typu: za kilka miesięcy zrobię to i to. Przede mną mam tylko marzenia, które staram się zrealizować. Czy mi się uda? Czas pokaże…

Kilka miesięcy sprawiło, że moje życie się zmieniło o 180°. Ja się zmieniłam. Nie jestem już dziewczyną, którą byłam kilka lat temu. I jedną z najważniejszych rzeczy jest to, że w końcu czuję się dobrze sama ze sobą. Że zaczęłam akceptować siebie. Zaczęłam w siebie wierzyć. Przez większość mojego życia tak bardzo mi tego brakowało. Nauczenie się tego było długą i trudną drogą, ale cholernie się cieszę, że w końcu mi się udało.

Piosenka, z której pochodzi cytat tworzący tytuł postu:

Niestety coś mnie rozłożyło. Niby nic nie znaczące przeziębienie, ale jestem na lekach i nie mogę sobie wypić planowanego Desperadosa :( Mam nadzieję, że za tydzień będę w 100% zdrowa, gdyż mam imprezę rodzinną :)

Ostatnio narzekałam na brak weny. Na szczęście powróciła do tych najważniejszych projektów. W szczególności do mojej, miejmy nadzieję, przyszłej książki. W tym tygodniu powinnam już skończyć drugą część:)

Niestety coś za coś. Wenę na recenzje straciłam, ale myślę, że wkrótce powinna wrócić.

Jedna myśl w temacie “„Obudź się ze mną, życie jest takie piękne”

  1. Miśka pisze:

    Życzę Ci szczęścia , na pewno je kiedyś znajdziesz . Pamiętaj : Carpe diem … I nie trać weny …A tak poza tym kuruj się , ja też jestem chora . Wredne przeziębienia xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.